Ci, którzy i tak nie mają znaczenia. || Ulotność chwil zaklęta w przypadkowe zlepki liter: || 2007 || maj kwiecień marzec luty styczeń || Ślady błądzących stóp * * * * * * * || Namiastka realizmu: Hith@interia.pl
Czesław Miłosz "Pod koniec dwudziestego wieku".

Pod koniec dwudziestego wieku, urodzony na jego początku, po napisaniu książek, złych czy dobrych, ale pracowitych, po zdobywaniu, traceniu i odzyskiwaniu,

Jestem tutaj z nadzieją, że można zaczynać na nowo i własne życie uleczyć myśląc mocno o rzeczach poznanych, tak mocno, że miejsc i ludzi nie odejmie czas i wszystko będzie trwało prawdziwiej niż było.
Nie rozumiejąc skąd lata ekstazy i razem udręki, przyjmując swój los i błagając o inny, nie pobłażałem sobie, zaciskałem usta.
Dumny z jednej tylko, mnie wiadomej, cnoty: smagania się wieloramienną dyscypliną.
Ciągle zaczynam na nowo, ponieważ co złożę w opowieść okazuje się fikcją, dla innych, nie dla mnie, czytelną, i oplątuje mnie, i zakrywa mnie, i z pożądania prawdy jestem nieuczciwy.
Wtedy myślę o prawidłach wysokiego stylu i o ludziach, którym nigdy nie były potrzebne. Jak i o tym, że całe życie zwodzi mnie nadzieja.

1980
.
Skrywane od 3 miesięcy myśli bezładnie posklejały się w strzępki barwnych wspomnień. Znalazły swoje miejsce we wszechświecie i w najmniej przewidywalnych momentach odbijają echem od betonowych ścian, by przypomnieć intensywność minionych doświadczeń. Pozrastały się w kształty bez formy a upływający czas lepki z nich coraz wyraźniejsze figury i nadaje znaczenia, objawia sens bytności. Zapomniałam już melodię wystukiwanych na klawiaturze literek, wydaje się drętwo obca i nieznośnie mechaniczna, a jednak wciąż powracam w to miejsce i próbuję wydobyć z dna siebie choćby namiastkę swojej historii. W życiu zapanował chaos niekontrolowany, skurczył dobę i nadał szaleńczo destrukcyjne tempo, któremu się bezwolnie poddaję, bo ulotność i kruchość dotyka zbyt głęboko i nie pozwala zaprzestać łapania ostrości na nieskończoność. Ciągły brak pokory, nieumiejętność rezygnacji z pragnień wytyczających tor samorealizacji sukcesywnie wykańcza. Wiem, że to kwestia czasu, że muszę dokonać wyboru, ale świadomie odwlekam krytyczny moment. Chroniczne nienasycenie sprawia, że najbardziej stały grunt zamienia się w ruchome piaski, ale nie jestem sama. U boku dzielnie drepcze Anioł Stróż, najwierniejszy przyjaciel, do niedawna wróg. Wsłuchuje się w rytm bijącego serca i nie pozwala mu wyskoczyć z piersi, nie pozwala pęknąć i wciąż robi coraz więcej miejsca by rosło. Uczy mnie latać tłumacząc, że w następnym wcieleniu będę ptakiem. Ja prowadzę go w głębiny człowieczeństwa, którego nigdy nie zaznał. Przeraziła go siła i zniewalająca moc uczuć jakie kłębią się w ludzkich duszach. Obiecał, że już nigdy mnie nie porzuci, jeśli tylko nie zwątpię. Powolutku wracam do domu, nie zaciemniając przebytych ścieżek, nie wypierając się własnych błędów, dzięki nim teraz jestem kim jestem. Pewnym krokiem, z wysoko podniesionym czołem przed siebie. Próbując ogarnąć wzrokiem horyzont i upajając się zawiesistym smakiem wolności.

.
Kilka miesięcy temu wsiadłam do nieznanego pociągu, którego stacją docelową miała być niezależność. Zatrzasnęłam za sobą drzwi zostawiając wszystko to, co do tej pory więziło. Z plecakiem pełnym nadziei i wiary. Na dnie kieszeni nieodłączne kasztany. Leniwie zmieniające się za oknem krajobrazy czarowały nieuchwytnością, a powietrze przesycone nieznanym, siłą wdzierało się do płuc. Przemierzając wagony na szybach czas kreślił archiwum przeszłości. Jedna z nich pękła pod naporem drążącej litery dłoni. Drogę przecięły ślady obcych stóp. Epizody brzemienne w katastrofy i ostatnie strony kart wyrwanych z dziecięcych bajek o nierealistycznie baśniowych zakończeniach. Przypadkowo wypowiedziane słowa w najbardziej odległych częściach świata, do dzisiejszego dnia nie pozwalają spokojnie zapaść w sen. Kilka nie-zawsze chłodnych dłoni, ułamki czasu wykradzione teraźniejszości, prawda wylewająca się z ust na bruk przyjemnie nieznajomych butów. A każdy krok był przesuwaniem granic, znoszeniem barier wyssanych z mlekiem matki i upychanych tępą łyżką do głowy. Szukałam siebie. Obudził mnie łomot błyskawic i zgrzyt łez uderzających o bezduszną podłogę w przedziale. Obok siedział mój Anioł Stróż i trzymał mnie za rękę chcąc dodać otuchy. Na dnie źrenicy tlił się morderczo wyraźny blask strachu. Wyjrzałam za okno, ale tym razem zobaczyłam mgliście schizofreniczne kształty smaganych wiatrem drzew. Pociąg nabiera prędkości z każdą minutą, a ja nie potrafię go zatrzymać. Nie mogę wyskoczyć. Zamieram w bezruchu sparaliżowana rodzącą się świadomością. Przypomniałam sobie nocną rozmowę z Bogiem, której wtedy nie zrozumiałam. Powiedział, że mogę wrócić, ale czeka mnie najcięższa walka. Dzisiaj pojęłam sens Jego słów. Pociąg, nad którym utraciłam kontrolę gna ku zatraceniu... Znów nie ma czym płakać, nie ma czym krzyczeć. System za bardzo się rozrósł. Sukcesywnie zaprzepaszczam.

.
Chciałabym móc odciąć się od natłoku spraw, choć na jeden dzień zerwać ze ściany zakreślony kolorowymi długopisami kalendarz i wyrwać z wiru zdarzeń. Nie odczuwać miażdżącej siły zbyt szybko pędzącego czasu. I nie martwić się jego nierozciągalną naturą. Wypełnić głowę błogostanem lekkiej pustki. Uciekam od tego świata, ludzi, obowiązków by nie popaść w obłęd, którego mechanizm sama stworzyłam. Tam gdzie śpiew ptaków nie wywołuje migreny i można odkleić cudze niechciane, obrzydliwie lepkie spojrzenia. Klamka zapadła, już nic zrobić nie mogę, pozostaje bierne czekanie na wyrok. Przyjmę werdykt z chorobliwą obojętnością, bez obarczania siebie odpowiedzialnością, zrobiłam co mogłam, widocznie tak miało być. I nie mam odwagi prosić, usta za bardzo się zrosły, tylko serce cichutko bije w rytm niewypowiedzianych pragnień. Boże Ty przeciez wiesz, nikt inny nie musi.
A za oknem zagubiony w przestrzeni chłopak gra na akordeonie. Instrument łapczywie zasysa powietrze by wydobyć z siebie dźwięczny jęk. Nienawidziłam akordeonu, do dziś. I na chwilę przenoszę się na paryską, dusząco-wąską uliczkę. Jestem Amelią.
Mam na sobie tylko skrzydła ze styropianu.

.
Pośród miejskiego gwaru ocalało miejsce nietknięte brudem codzienności. W samym sercu stłoczonych domów, pomiędzy pajęczyną gęstych ulic, zalanych betonem połaci ziemi duszącej się z braku powietrza. Maleńka oaza spokoju, świątynia dumania. Grupa ludzi usilnie próbujących zmienić ówczesny ład a przy tym świadoma ułomności swej natury, nie podejmująca próby walki z genetycznie zakodowanym składem krwi, zgromadziła się, by choć na kilkadzieścia minut podzielić się z przypadkowymi przechodniami swym światem. Kilka godzin pracy, składania kartonów, nadziewania beznamiętnie twardych świec na pręty, by móc na ułamek czasu zjednoczyć się z twórczą mocą Boga. Godzina 21.45, przez zawiesiste powietrze wypełnione próżnią oczekiwania, do uszu przedzierają się pierwsze dźwięki. Ciało dotyka nigdy wcześniej nie doświadczony paraliż. Mechanicznie chwytam lampion i wykonuję pierwszy krok, symboliczna wędrówka w głąb własnej duszy. Przeistaczam się w cienisty kształt, formę bez treści, treścią jest ogień. Jestem posłańcem żywiołu, który bezładnie wykrzykuje urywane zdania. Rytm kroków wprowadza w niebywały trans, wszyscy ludzie zgromadzeni przed trzypoziomową sceną znikają. Jestem tylko ja i moja osobista historia. Rozstawiamy bezładnie kartonowe sześciany rozświetlające mrok nocy. Budujemy piramidę. Kilka lampionów zgasło, inne spłonęły, bo podłoże okazało się nierówne, ogień zajął delikatny materiał. A w każdym z nich migoczą cztery świece, migoczą nieprzewidywalnością losu i wydarzeniami ostatnich miesięcy. Na środkowym poziomie powstaje klepsydra, aż nazbyt wymowna w swym metaforycznym znaczeniu. Podchodzę na sam skaj sceny i unikam wzroku widzów, nie ze strachu, nie, już nie... Nie chcę żeby dostrzegli obnażoną na dnie źrenicy głębię. Nie chcę dzielić się przeżywaną ekstazą. Chciwie zamykam w sobie. Jeszcze żaden krok nie był tak pewny a dusza nigdy nie oddychała tak łapczywie. Wreszcie znalazłam miejsce, w którym można się całkowicie zatracić i poddawać mocy przepływu. Znak. Zacierające się kształty podnoszą lampiony, by z impetem uderzyć nimi o ziemię i zgasić zżerające ogniem knoty. Muzyka stopniowo cichnie, słychać tylko grę świerszczy. Wychodzimy przed zgromadzonych i kłaniamy w podzięce a na twarzy zarysowuje się szczery uśmiech. W drodze do domu maleńkie krople deszczu zraszają przerażone intensywnością przeżyć ciało. Niebo płacze z poruszenia. Jedna z najważniejszych nocy w moim życiu dobiega końca, choć już zakorzeniła się w pamięci, nie pozwoli zapomnieć.
Warszawska Akademia Ruchu poprzez „Światło i ciążenie” pozwoliła mi odkryć kolejny kawałek mapy.

.
Bałam się jak nigdy dotąd o to, co ukarze realizm życia. Prawda trzymała w dłoni moje losy i ironicznie potrząsała nimi w rytm znienawidzonych, cudzych kołysanek. Napawała się wyższością i bawiła moim kosztem. Wypalona bezsilnością stawiłam jej czoła. I w oczach znów pojawiły się łzy szczęścia... Mój niezawodny Anioł Stróż. Byłam pewna najgorszego a dostałam kolejną szansę. Zniewalająca fala ulgi rozlała się po całym ciele i poczucie ciągłości sensu wypełniło każdy skrawek świadomości. Choć głowa pęka z bólu wywołanego nadmiarem emocji, jutro wstanę pełna sił, mój cień wypełni mobilizacja i stanę na polu walki. Dziękuję, po raz kolejny...
Kosmos musi mnie naprawdę kochać!

13/14.06.2007 godzina 00:00
Znów zatarła się granica horyzontu oddzielającą podniebny bezkres i linię morskiego grzbietu. Gdzieś w oddali mgła zarysowuje bezkształtne figury i dodaje mistycyzmu najbardziej prozaicznym tworom. Oślepiająca biel nieboskłonu miesza się z pastelowo błękitną wodą jednocząc żywioły. A zadziwione niepojętym zjawiskiem oczy błądzą w próżni usiłując dostrzec gdzie kończy się jeden i zaczyna drugi. Po raz pierwszy poczułam tlące się w głębinie życie. Jakby każda fala była dowodem istnienia oddechu morskiej toni. Delikatnie falujące grzbiety przetaczają się naprzemiennie i znikają u źródła. Ostatnio dużo jest tych pierwszych razów. Uwielbiam kłaść się na chropowatym piasku utrzymującym ciepło dziennego słońca i zatracać w niebycie. Przesypywać przez dziecięco nieporadne dłonie piasek ze świadomością, że nigdy więcej nie zdołam uchwycić tego samego ziarnka piasku. I koić zmęczoną codziennym biegiem duszę cyklicznym szumem. Wciąż zastanawiam się co kryje się za kurtyną horyzontu? Morze musi czuć się bardzo rozrzedzone ilością przypadkowych bywalców, każdy kradnie skrawek jego nieformalnie uznanej struktury. Większość nieświadomie. A jednak, zabierają bezpowrotnie jego część, a ono bez słowa sprzeciwu karmi innych i zaszczyca pięknem widoku. Ciekawe czy nie odczuwa pustki... Trudno wypełnić tak rozległą przestrzeń. Moja nadwrażliwość nie mieści się w 46 kg i czasem wybucha. Zatem jak skondensowana magia musi tkwić wśród podwodnych atomów? Kiedyś się dowiem, tak. I czeka mnie niewyobrażalnie długa rozmowa z Panem Herbertem o zachodzie słońca, z Norwidem o wschodzie ... Niżyńskiego spotkam w dniu rocznicy uświadomienia, odwiedzimy polanę pełną maków. Z Panem Tolkienem pójdę na huśtawki. Pan Kamilek sam wybierze miejsce. A Hesse? Myślę, że usiądziemy w cieniu starego drzewa, tego najważniejszego. Pewnego dnia dołączy Pan w pasiastym sweterku, by wyjaśnić mi sens przeszłych wydarzeń. Już w przyszłym roku, wraz z nadejściem lata porzucę ludzką skorupę i wchłonę w siebie wszystko co stworzyłam. Znikną sztuczne ramy i nie będzie poczucia uziemienia. Nie boję się, pokornie czekam aż paląca się żywym ogniem gwiazda zgaśnie. Ziemskie powietrze ciężkie zapachem jaśminu też czaruje. Ja po prostu wiem.



14.06.2007 godzina 12:19

Topolowy puch kołysze się na wietrze. Wiruje wokół własnej osi drgany prądem powietrza i wzlatuje z zadziwiającą prędkością. Przypomina maleńkie wróżki z dziecięcych bajek. Sprawia wrażenie świadomego obranego kierunku i zdeterminowanego wielkością pragnień do tego stopnia, że potrafi wymusić na powietrzu sprzyjające podmuchy. Tysiące pourywanych strzępków, a każdy nosi w sobie swoja własną historię... Korony drzew skąpane we mgle przypominają wyryte w głowie obraz z dawnych lat, miejskie Lothlórien. Za oknem pierwsze krople deszczu karmią spragnioną trawę i oczyszczają, jak zawsze. Bo niebo wciąż ciężkie grzechami zagubienia ("six months off for bad behaviour")... A aksamitnie miękki głos Loreeny wprowadza w harmoniczny błogostan. Wytchnienie mimo spraw.
[L. M: "Sacred Sabbath"]



30.06/01.07.2007 godzina 02:50

Dzisiaj w drodze do domu świat nagle usunął się spod stóp. Myśli zawirowały z zawrotną prędkością i poczułam jak ciało bezwładnie opada na twardą płytę chodnikową. Całkowita utrata władzy w kończynach i niebezpiecznie wydłużające się sekudny, zamazujący się przed oczami obraz. Wrażenie zupełnego wyobcowania, ułomnej słabości, nad która nie sposób zapanować. Usiadłam, omdlenie minęło. Przestraszyłam się, bardzo bardzo. Po raz kolejny wszechświat napiętnował moją maleńkość. Organizm manifestacyjnie zastrajkował.
Stop!
Stop?

I mimo ustawicznego zmęczenia boję się zamknąć oczy, by we śnie znów nie spotkać twarzy, która wyraża za dużo lub zbyt mało. I te wszystkie miejsca, które upominają się o niezmaterializowane odwiedziny.
Niemożność.



01.07.2007 godzina 01:20

Kocham takie noce przesycone ezoteryczną magią. Kiedy na sznureczkach wisi czas a nikt nie podcina go nożyczkami, pozwala beztrosko falować na wietrze wydychanego powietrza i daje poczucie opanowania niezrozumiałego mechanizmu. Nawet zegar tyka ciszej. A srebrna tarcza księżyca roztacza wokół blask, który dociera do najciemniejszych zakamarków duszy i usypia demony. Mgliście błękitny pył otula aureole gwiazd i sprawia, że wydają się bliższe niż kiedykolwiek. Zmęczone codziennym zamętem miasto zasypia, w oknach gasną rażące oczy światła i cichnie warkot zmierzających donikąd samochodów. Siedzę owinięta w mięciutki szlafrok na balkonie przełomów i wszystkie miażdżące za dnia problemy umykają w nicość, rozpływają się w powietrzu o za mało rozcieńczonym zapachu wolności. Samoistnie umyka poczucie zagubienia i klarują się zatarte w ciągu dnia upstrzone znakami drogi. I jakoś tak lekko i dobrze. Wszystkie palące grzechami blizny wydają się mniej wyraziste. Jakby każdy oddech oczyszczał z dawnych błędów i karmił przezroczystością. A dźwięki wkradają się do krwiobiegu i czarują nieprzytomnie. Zapomina się o maratonie, który już jutro zapuka do drzwi i zostawi niechcianą listę obowiązków na wycieraczce. Chemiczny uspokajacz odbiera kolejne 7 minut życia i podkreśla gorzki smak ulotności. Nie szkodzi. Zniewalająca cisza przepełnia szczęściem.
Zamieszkam na balkonie.

05.07.2007 godzina 02:00

Wyrywam ze szponów czasu kilka godzin, by nie zwariować. Wczoraj oczy wżarły się w obraz i znów „świat wypadł z orbity, by dryfować w stanie nieważkości”, balansując między kreatywną przepaścią a pustką. Każdy dźwięk bez pytania o pozwolenie wpełzał do głowy i siał zamęt wśród spłoszonych myśli. Bolało i cieszyło, jak zawsze. Nogi zmusiły do pozostawienia śladów butów na wydeptanej ścieżce do sklepu z kolorowymi butelkami, i kilkadziesiąt minut życia odebrał duszący dym, bez dysonasu, samozachowawczo, czasem się przydarza. I trzeba było wybiec z domu, bo uczucia nie mieściły się na powierzchni 27 metrów. Chodziłam wiec w kółko ostrożnie omijając zakończenia płyt chodnikowych, i korciło straszliwie żeby położyć się na nieskoszonej, mokrej trawie. Ale włączyło się „nie wypadam” i zatrzymało machinę zdarzeń. W drodze do domu zobaczyłam własny cień, ukłonił się pokornie i przedstawił. Ma straszliwie długie i chude nogi, ale jest sympatyczny.
Przekluczanie zamka w prawą stronę jeszcze nigdy nie sprawiało takiej przyjemności. A jednak jakiś czas temu na kapselku od soku znalazłam informację, że najgłębszy tunel jakiś-tam jest w Moskwie. Pomyślałam, że wypadałoby zobaczyć przed śmiercią. I że nie ma w tym nic niezwykłego. Po prostu interakcja impuls-czyn. Tylko z wizą byłby problem. Bo pan konsul by nie zrozumiał, jak większość zresztą. Nie szkodzi. Anonimowym przechodniem mogę być wszędzie. I już w poniedziałek, peleryna niewidka na plecach i teatralna wyprawa. Dla duszy. Wbrew normom i zasadom. Na przekór rozumowi.

06.07.2007 godzina 23:29

2 dni temu zatęskniłam za jesienią. Taką o zapachu gnijących liści i schnących na kaloryferach swetrów wymoczonych w ukochanym brzoskwiniowym zmiękczaczu do ubrań. Choć i to się zmieniło. Za beztroskim przeskakiwaniem przez płoty, wyszukiwaniem drzewiastych palców, które zostaną zamknięte między zapisanymi stronami grubych tomisk, i ogniem w kominku. I za 3 kasztanami, o bardzo grubych pniach i cudownie foremnych liściach, takich, które rosną tylko na moim narniowym końcu świata i chętnie przygarniają samotne sowy. W oku zaplątała się bezpańska łza na wspomnienie o tych wszystkich latach, o kasztanowych ludzikach, latawcach i parku widocznym z okna. O spokoju, którego nigdy już nie zaznam, bo dusza wreszcie znalazła swoje miejsce, ale wydała przez to na siebie wyrok, nieodwracalny i napiętnujący. A przecież tak bardzo mi tego brakuje... Kociego mruczenia, babciowych kłębków wełny zagubionych w przestrzeniu maleńkiego pokoju i rodzynek w czekoladzie.
I wciąż mam ogromny żal do pani pisarki, że powiedziała kiedyś, że pigułki krumeliusa zapobiegają dorastaniu i pozwalają zostać wiecznym dzieckiem, i do siebie, za głupotę, że w to uwierzyłam.

Już za kilkanaście godzin... Czuję, jak skorupa zaczyna pękać i boję się, że to przed czym tak długo uciekałam zaatakuje jednocześnie z wszystkich stron uniemożliwiając jakąkolwiek samoobronę. I nie wiem czy chcę się bronić, bo to takie poprawne i nie-idealistyczne, a przecież na co dzień z tym walczę. Chciałabym móc otworzyć się i popłynąć, jak kiedyś, bez chwili wahania, w bezkres. Ale maj nauczył, że czasem cena jest za wysoka i nie warto, bo później boli i piecze, tak że do głowy przychodzą niechciane myśli. A oczy będą musiały znieść widok pana, który budzi za dużo uczuć i zradza skrajne emocje. Bo nie-przypadkowa ręka na przypadkowych plecach wciąż nie daje spokoju. I pourywane historie szukają zakończeń, słyszę jak szepczą za plecami i obmyślają plan zburzenia chronologii zdarzeń. Każdy dźwięk alarmuje przypominając. Ruminacje przebudziły się z latargu i nie pozwalają funkcjonować. I tyle we mnie wszystkiego, że nie pojmuje jak się zmieszcza w tak ciasnym ciele. Zamknę jutro oczy. Dam ujście. A pan w pasiastym sweterku będzie, ale nie będzie. Na samą myśl o dzieleniu powietrza słabość dotyka kończyny. Ale nie, tym razem się nie złamię. Nie wróci, a jeśli wróci to tylko najpiękniejsze. Ten gdyński uśmiech i spojrzenie kiedy stał przy barze. I groszkowa koszula. I "helołłł" wyszeptane do ucha. Nic więcej. Tamtego już nie ma, bo nie jest tym czym było wtedy.
Nie. Nie wierzę. Nie potrafię. Był tak blisko, a ja nie jestem w stanie do tego wrócić. Zaprzeczam. 8 miesiąc wypieram. Za bardzo boli...

17.07.2007 godzina 01:14

Nie potrafię już być. Nie chcę mieć.
Dzisiejszego wieczora na zalanym błękitem niebie, boży pędzel nakreślił nazbyt wyraźne ramy celtyckiego krzyża. Rozświetlony od wewnątrz słonecznym ogniem poraził zmęczone oczy. I zamienił się w żołnierza trzymającego bagnet, patrzył w lewą stronę. Nieujarzmiona nieświadomość czy kolejne przeczucie?
A na chodnikach zaległy drobniuteńkie, rdzawe kwiaty lip. Coraz mniej intensywnej woni w powietrzu. Przypomniały mi się dziecięce wspinaczki na drzewa, rozkładanie na szarym papierze delikatnych żółto-zielonych gałązek i oczekiwanie na pierwszą zaparzoną z nich herbatę.
Idę odganiać śmierć, ugłaskać cudze przerażenie i udawać, że jestem silna, choć obie wiemy, że to tylko kwestia czasu. Przypominają o tym grochowe łzy wypłakiwane w skrytości w łazienkowej bieli.
[csu]

22.07.2007 godzina 23:45

Dzisiaj spadły na głowę cegły dorosłości i zamiast rozbić czaszkę rozgniotły serce. Cicho i niezauważenie sprasowały realizmem i wycisnęły wszystkie soki, nie zostało miejsca na marzenia. Wystarczyła nieumyślnie wbita szpilka w głowę i w oczach stanęły łzy zmęczonego udawaniem dziecka. Twarz schowana za maską zastygła w grymasie, którego nikt nie dostrzegł za białą kurtyną. I nogi łamały się w pół kroku, ale szłam dzielnie przed siebie, jak kazali. Nawet flesz aparatu nie uchwycił bólu rozdzierającego pierś. Tylko całkowicie obcy Andrzejek wyczuł więcej niż powinien. A przecież było teatralnie, było kolorowo, a tuż przy prawym ramieniu stał szatniowy archanioł. Wszystko wewnątrz krzyczało tysiącem głuchych głosów. I zabrakło odwagi żeby jednym haustem wychylić bankietowe wino z okazji otwarcia galerii i odwrócić się na pięcie. Wygrzebany z dna kartonu Mały Książę dotknął zbyt głęboko.
Nikt nie zniszczy mnie bardziej niż ja sama.
W takich chwilach chciałabym być "normalna", nie widzieć i nie czuć bólu spadających kasztanów. Dar, który jest przekleństwem.
[Towary Zastępcze - Con tramortem]
(-bo choć tak pełny jest ruchu świat podksiężycowy to wciąż nie ma w ogrodach ziół przeciwko śmierci.)

23.07.2007 godzina 23:10

Wracając z pracy czułam się jakbym szła po raz pierwszy doskonale znanym chodnikowym szlakiem. Chociaż stopy wcześniej wydeptały ścieżki i bezbłędnie potrafią doprowadzić do celu, wszystko wyglądało inaczej. Jakby trąba powietrzna porwała mnie i wyrzuciła gdzieś na drugim końcu świata. I jeszcze trudniej niż zazwyczaj było wdrapać się na drewniane, skrzypiące schody. Bo wystarczyła przypadkowa rozmowa z uroczą staruszką i znów świat przechylił się o 180 stopni, troszkę wbrew woli, a jednak świadomie. Pani o przyjemnie ciepłym i mądrym głosie opowiadała historię Miki, która plątała się pod nogami uwięzionymi na srebrnym krześle prosząc o pieszczoty. A w jej oczach była tylko bezbrzeżna dobroć. Córka przywiozła ją z Jugosławii, w której akurat toczyła się wojna. Schowała ją w kasku, by móc przewieźć psiaka i ocalić przed wilczą naturą człowieka uzbrojonego w zbyt lekką broń. Syn wykłada na lotnictwie, ma ten sam uśmiech i pachnie spokojem. Oboje nie mają na nic czasu, bo potrzeba samorealizacji skrzętnie podcina zegarowe godziny. Zobaczyłam po drugiej stronie lustra obce odbicie i jakoś dziwnie ulżyło. A później Pani otworzyła drzwi aż nazbyt szerokiej szczerości i wróciła pamięcią do powstania, tego jak wywozili ją do Niemiec. I nagle jej Warszawa przeobraziła się w pustą kropkę na mapie. Nie potrafiłam uwierzyć w wylana na blat stolika osobliwość jej dziejów, i w szczerość jaką mnie obdarowała na obiadowym talerzu. Wyznała, że czuje się bardzo samotna, a ja wtedy chciałam poprosić żeby została moją adoptowaną Babcią, bo o takiej marzyłam przez całe życie. Nie zdołałam, lękawki wciąż mieszkają w głowie i blokują. Ale ta rozmowa zmieniła, niby nic a jednak wszystko.
[Con tramortem]

01.08.2007 godzina 01:13

Myśli nadmiernie kopulują pod kopułą czaszki nie dając wytchnienia. Paraboliczne okulary założone na twarz zamiast ochraniać oczy przed nadmiarem światła, oślepiają jasnością mnogiej ilości znaków. Już nawet nie próbuję wierzyć w przypadek, bo przypadki są tylko gatunku nie-przypadkowego. A nadwrażliwość wpędza w nader nie synchroniczny ruch huśtawkę cyklofreniczną, która raz buduje, raz niszczy. I wszystko za głęboko i za bardzo. Do tej pory był oddech i bezdech, teraz nauczyłam się żyć w przedechu. Ktoś kto usiadł za kołowrotkiem nie zapytał czy tempo mi odpowiada, bezgłośnie przędzie nici, które gdzieś splątały się pod stopami, obok wytartych kapci. A szmaciana kukiełka wiernie poddaje się mechanizmowi i przestała odliczać godziny i dni, pokochała. Zmieniam się. Z minuty na minutę. Ze skrajności w skrajność. I znalazłam swój prawdziwy kosmos, który tak samo cieszy co przeraża nadmiarem przestrzeni, bezdrożem dróg i tym ile wyzwala.

06.09.2007 godzina 20:29

Wypełnił się czas... Nie jestem w stanie udźwignąć kolejnego, nawet najdrobniejszego i najpiękniejszego doświadczenia. W ciągu ostatniego 1,5 roku przeżyłam więcej, niż większość ludzi w trakcie półwiecza. Bo nawet najdrobniejsze wydarzenia wywołują kotłowaninę myśli, wzbierają burzą uczuć i doprowadzają do obłędu. Czuję, że dzban świadomości rozkurczył się do granic możliwości i nie zmieści żadnej nowej kropli. A jednocześnie, po wczorajszej ezoterycznie ciężkiej nocy, wiem, że nigdy nie wolno mówić nigdy, bo nadwrażliwość nie zatrzymuje się w swym biegu i wciąż rozrasta, nie przestanie. Nie ma we mnie goryczy, bólu, ekstazy też. Jest bezgłośnie, lecz za dużo. Nie zdołam pożegnać kolejnej historii, więc po co ją zaczynać? Serce mi pęknie, już zaczęło bić ciszej. 3 dzień samobójcze myśli odbijają się głuchym echem od ścian, tak po prostu. I wciąż zastanawiam się, dlaczego(?) nie zrobiłam tego w Krakowie, w trakcie tamtej bezdusznej nocy, z Jastrunem w dłoni...

19.09.2007 godzina 01:29

Nie potrafię wyryć w przestrzeni kanciastych liter, wyślizgują się między palcami. Piszę myślą, a słowa wirują w kalejdoskopie świadomości i nie zasypiają. Wojna.
Oddałabym wszystko by móc cofnąć się w czasie, znów karmić dłonie zimno-gładką powierzchnią pociągowej szyby. Przed oczami wciąż mam skąpane we mgle łąki a w nozdrzach gęste powietrze. Bo skrzydła, które raz zasmakowały wolności już nigdy nie pozwolą się spętać. Kosmos wie.

30.09.2007 godzina 22:40

Żyję. Z boku rzeczy, które wydawały się najważniejsze a samoistnie pospadały w hierarchii wartości. Ostatni most spłonął, pozostała pogarda, której się wstydzę. Pod nogami trampolina z cudzej bliskości, zrozumienia i wiary, nie pozwala upaść, wznosi. Każdy dzień jest rocznicą, bardziej lub mniej zrozumiałą i w duszy coraz ciaśniej. Nadmiar wszystkiego wylewam potokiem słów. Zaczęłam pisać, choć wciąż nie potrafię nazwać, może nie chcę? Za ścianą zamieszkał leczniczy intruz, który rozcieńcza autodestrukcyjny pęd. Tylko wieczorami uciekam z czterech ścian, by wypłakiwać ciężar nadwrażliwości. Dziś znów była ulica Hetmańska i „Listopad” w słuchawkach, ale inaczej – jaśniej i lżej. Tak długo czekałam na tegoroczną jesień...

14.10.2007 godzina 03:46

Poruszam się ruchem jednostajnym prostoliniowym z epizodycznym uwstecznianiem. Monotonnie synchroniczny takt zegarowego mechanizmu wybił godzinę „rewind”. Przez pięć miesięcy uciekałam przed uświadomieniem faktu, który wymuszał przyznanie prawa bytu sile wyższej, wykraczającej swym zasięgiem poza ludzkie pole wpływowości. Doszłam do perfekcji w wypieraniu niechcianych myśli. Tylko w chwilach nieuwagi zakradały się niebezpiecznie blisko, czasem grzęznąc w zakamarkach głowy i wyciskając z oczu grochowe łzy. Cztery dni temu spojrzałam na Tatę i zobaczyłam zupełnie obcego człowieka. Płaszcz niedostępności spleciony grubymi nićmi sarkazmu opadł, tytanowa twarz nabrała ludzkiego wyrazu, a na dnie źrenicy zobaczyłam skrywane przez 21 lat uczucia, które obficie ściekały po rzęsach. Zawsze był niewzruszonym filarem i choć nieprzychylność losu żłobiła na jego powierzchni głębokie rysy, nie drgnął podpierając firmament nieba. W czwartek zobaczyłam skruszały manekin, zmęczony ciągłą walką. Był maleńkim bezbronnym chłopcem bojącym się poprosić o to, by ktoś bliski potrzymał go za rękę, w obawie przed odrzuceniem. Spojrzenie wyrażało bezbrzeżny strach, nic więcej. A powietrze w swych kulistych atomach nosiło gęsto naszpikowaną woń śmierci, ten sam zapach, który wypełnił mieszkanie pewnego lipcowego poranka, by na początku października zabrać ukochaną Janael. Dwa tygodnie temu były nienaturalnie długie, jedenastominutowe rozmowy przez telefon, pytania nie zdawkowe i szczerość. Rak zbliża. Pani w białym fartuchu powiedziała, że czarne cyferki zaczęły sprzyjać i znów nie ma nazwy dla cichego złodzieja czasu. Wszyscy odetchnęli, w głosie zawisła miękka gama ulgi, wszyscy poza mną... Ja zobaczyłam śmierć, stała przede mną bez twarzy, obojętna, lecz troskliwa, bo dała znak, który ma przygotować na nadejście nieodwołalnego. I po raz pierwszy w życiu pomyślałam, że Go kocham... Tak bardzo, że mogłabym oddać za Niego życie... Mimo tych wszystkich lat i krzywd. Dlatego, że oddał mi to, co w sobie ma najlepsze, że jako jedyny z całej rodziny rozumie najbardziej nierealne i najsilniejsze marzenie i chciałby pomóc w jego realizacji. Za to, że choć sam nigdy nie zaznał smaku samorealizacji stara się zrozumieć i ofiarowałby ostatni grosz gdyby zaszła potrzeba. Zgodził się na wyjazd do Krakowa, wiem ile musiało go to kosztować, chce się zmienić. On też widział postać bez twarzy. Siedząc skulona na balkonie, wycierając rękawem potoki łez pomyślałam, że już nigdy się nie zawaham. Przysięgłam Bogu, że spełnię te wszystkie senne pragnienia właśnie dla Niego, żeby był ze mnie dumny, gwiazdy zaświadczyły swoją obecnością. Gdyby przeczucie się spełniło i w pokoju ostał się pusty fotel – nie zniosę, wiem, że nie potrafiłabym się podnieść, tak, jak teraz nie mogę powiedzieć „kocham”. Zamykam cały ten ból w sobie, zakręcam szczelnie wieko sercowego słoika i odsuwam coraz bardziej na bok.

17.10.2007 godzina 21:38

Pokawałkowany czas wyżera plamy na życiorysie. Krzywe mieszkaniowe ściany wygłodniałe śladów obecności zżyły się z intruzem i witają oziębłą klamką, dom stał się noclegownią.
W drodze do teatralnej WINDY źrenice spiekł obcy uśmiech, pani o dobrych oczach pomyliła mnie z kimś. Tuż przed wrotami do innego wymiaru starszy pan zatrzymał mnie na ulicy, tylko po to żeby powiedzieć jaka jestem piękna (?). A później maciupeńki chłopczyk o indyjskich rysach twarzy, leżał w koszyczku i spokojnie spał nie zwracając uwagi na pogrążający się w chaosie świat. Był tak bezbronny... Miał w sobie tyle niewinności, że żadna ręka nie odważyłaby się zaburzyć wyciszającego letargu. Zazdrościłam mu, bo miał w sobie to co ja dawno zgubiłam na dworcowych peronach obcych miast. Festiwal okazał się większym „łoł” niż byłam w stanie sobie wyobrazić, ale Bóg podłożył niewidzialny płotek i zamiast samorealizacji jest wielki guz na czole. Wybrałam dom i obowiązki obywatelskie, a w drodze na kolejkę miałam ochotę walić pięściami o chodnik, by wyładować gniew. Największe dziecięce marzenie, to najpierwsiejsze, obudzone delikatną dłonią Ko Murobushiego też nie uległo powabnej materializacji. Stałam na pustym korytarzu i w duchu śmiałam się z własnej głupoty, jakżeby mi miało się udać coś TAK ważnego?! A jednak nie odpuszczę, w pn kolejna próba i niech wszystko i wszyscy kpią, ja mam swoje zdegenerowane priorytety. Stojąc przed kolejkowym korytarzem, dopełniając nikotyną destrukcyjny wydźwięk słów sączących się ze słuchawek, zaczepił mnie pan. Podszedł i poprosił żebym się nie denerwowała, uparcie mi wmawiał, że coś mną telepie w środku, a w żyłach krążyła paranoidalna obojętność, nic więcej. Powiedział „on wróci”, a ja zdębiałam. Tłumaczyłam, że nie o to chodzi, ale nie chciał słuchać, mówił, że zna się na ludziach i widzi. „Jutro będzie lepiej...”. Stałam w osłupieniu. Powiedział, że jestem śliczna i powinnam się uśmiechać. A było w nim coś tak innego, co nie pozwoli go zapomnieć. Wciąż nie potrafię pojąć, jak to możliwe, że ludzie, którzy stracili wszystko mają w sobie tyle wrażliwości. Potrafią zatrzymać kogoś na ulicy tylko po to, żeby powiedzieć mu co w nim widzą. Kocham bezdomnych, dla mnie zawsze będą Upadłymi Aniołami.
[Spadam - Coma].

18.10.2007 godzina 22:09

Jest źle. Bez powodu. Ochronna siatka się porwała i niebo z rozmachem spada na twarz. Tak po prostu, intensywnie źle.
Może dlatego, że odświeżone słowa Harrego Hallera wciąż obtłukują się o krawędzie czaszki? Choć Pan Bernhard Zeller nie miał w sobie wilka stepowego, w niesprzyjającym czasie zostawił na nocnym stoliku nader trafny cytat. I pomyślałam, że to wszystko nie ma najmniejszego sensu, bo przecież nigdy nie wygram ze swoją naturą. Mogę wyłuskiwać okruchy chwil, jednoczyć się z kosmosem na dźwięk bicia serca, ale każde „po” będzie jeszcze bardziej szare i nieznośne. Po co więc u licha? Świadomość trafiła włócznią w sam środek duszy wiecznego wojownika... Kolejny krok jest tylko odwlekaniem nieuniknionego, a ostatnimi czasy kosztuje mnie zbyt dużo.
A kiedy w krwi popłynęły malinowe procenty i zrobiło się przyjemnie, nieopatrznie otworzyłam kryptę własnych myśli i znów usłyszałam, że ktoś się o mnie boi. A był to zaledwie szczyt góry lodowej. Nigdy nie pokaże nikomu swojego świata, jest za bardzo zdeformowany, zbyt burzliwy w swym przepływie, by ktoś „spoza” mógł go ogarnąć. Sądziłam, że potrafię udawać, ale znów ludzie pytają „co się dzieje?”,„Aniaaaa, uśmiechnij się! Uśmiechnę się jak stąd wyjdę”). A ja ich nienawidzę, szczerze zabijam wzrokiem. Błąkam się po uczelnianych korytarzach i udaję, że nie widzę, że nie słyszę powitalnych okrzyków, a zwyrodnialec, który zamieszkał w środku kuli się i skomle o samotność. Nawet te wszystkie Anioły poubierane w ludzkie formy stają się nie do zniesienia. Są tak kochani i wspaniali, że nie mogę znieść ich obecności, bo wiem, że udaję, że wcale nie jest tak jak mówię, że jest, bo nie chcę ich martwić. A oni widzą swoje. I wszyscy odgrywamy role a cierpienie szyderczo dyszy na kark. Znowu będę trzymała w sobie tak długo ile zdołam, aż wybuchnie i na 3 sekundy przed zgonem ktoś z najbliższych położy się obok na zimnej ziemii i złapie konającą dłoń. Ale ja już nie wstanę, bo nie chce, nie ma po co.
Schizofrenia nie do ocalenia.
Kurwa.
[Vanessa Carlton - Paradise]

23.10.2007 godzina 00:09

Między uskokami wahadła, rozciągnięta na biegunach skrajności.

Oleander zakwitł.
A w duchu wciąż sobie powtarzam, że to tylko 658 km.
[bezgłośnie].

24.10.2007 godzina 19:45

Mimo nieustannej senności i poczucia odrealnienia, kiedy weszłam na ulicę Marii Curie-Skłodowskiej serce zabiło mocniej. Nie znalazłam żadnego kasztana, zostały rozkradzione przez przechodniów a pora już po-kasztanowa. Nie szkodzi, w torbie wciąż noszę ten krakowski. Nie pojęte, ile ta ograniczona starymi kamieniczkami ścieżynka ma w sobie piękna. I pozostała niezmieniona, zupełnie. Mimo, że właśnie mija rok. Robotnicy wciąż remontują ten sam dom, a galeria nie zmieniła położenia, tylko brak plakatów napotkanych ostatnim razem. Przekradałam się w pelerynie niewidce, z dwupalcowymi rękawiczkami na dłoniach, bo rano przed wyjściem na zajęcia przekornie dały znać, że stęskniły się za za-okiennym powietrzem. Przez ten czas, świat tysiąc razy wykolejał się na wszystkie możliwe sposoby, a to miejsce nie drgnęło. Później były puste huśtawki i cudownie szerokie przy-kościelne schody. Dawne drogi zarosły niepamięcią, ale wiernie czekały. Tak wiernie, że gdy stopy dotknęły rąbka przeszłości łza się w oku zakręciła. Anja w słuchawkach karmiła duszę spokojem i pozwalała wierzyć, że nawet taki tułacz jak ja może choć na chwilę czuć bezpieczeństwo stabilności. Usypiska kolorowych liści plątały nogi, a ja je rozrzucałam jak na prawdziwe dziecko jesieni przystało. Uwielbiam ich zapach, ma w sobie słodycz pożegnania za obustronnym przyzwoleniem. I pykawki, nieśmiertelny symbol dziecięcych lat. Sopocka magia wciągnęła pod powierzchnię miejskiej iluzji i pokazała to wszystko, czym rok temu karmiła na co dzień. Astrid zasnęła i pozwoliła wyjść z ukrycia Łucji, tak, ja chyba w sobie kocham najbardziej. Byłam postacią wyrwaną z kart dziecięcych bajek, bardzo kotwicowo.
[658 <--> 4?]
Wieczór przyniósł przełamanie nieuzasadnionych obaw i znalazłam się w Labiryncie Fauna. Treść zmiażdżyła. Przez momencik, kiedy pani aktorka mówiła „magia nie istnieje” uwierzyłam, bo wyraz jej oczu nie pozwalał wątpić. Choć nie przepadam za faunami, świata – mojego świata, bez wróżek sobie nie wyobrażam. Siedzę więc i płaczę.

05.11.2007 godzina 22:20

"-Wiesz... Jest coś takiego. Kiedy posunąłeś się tak daleko jak śmiałeś i gdybyś poszedł dalej, nie byłbyś już sobą?(.) Stałbyś się człowiekiem, który to zrobił?(.) Są miejsca, w które nie możemy pójść... I myślę, że coś takiego spotkało mnie dzisiaj."

[Neil Gaiman: "M jak magia: Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach"]

Szukałam tych słów 12 miesięcy. Dokładnie TAK. Jestem więc mniej inna niż przypuszczałam. Dedykuję niezależności.

17.11.2007 godzina 00:20

Chciałabym żeby cały świat o mnie zapomniał.

[Clint Mansell - "Together we will live forever"].

12.12.2007 godzina 20:20

Obtłukuję się o ściany samoświadomości i kaleczę pozorną stabilność psychotycznymi drgawkami, w rytm wykolejnonych i od-normiałych dźwięków, które dzisiejszego mglistego poranka nakazywały przylgnąć twarzą do mokrego asfaltu tuż przed przejeżdżającymi autobusami (z numerami szeptanymi w myślach). I jestem jak drzewo, z którego codzienność wyskrobała żywość, została tylko sucha, popękana przeżyciami kora. Kilka dni temu wpadłam w próżnię. Świat przepływa przeze mnie wbrew woli i filtruje w ironiczny sposób. A mnie już nie ma, całkowicie rozproszyłam się w nadmiarze sobości. Czuję się jakbym siedziała obok swojego ciała, spoglądam z ukosa i załamuję ręce. W lustrze obca twarz straszy zasinionym spojrzeniem. I jestem przerażona. Idę gęstą oddechami ulicą i płaczę. Nie mam najmniejszego wpływu na to co się dzieje w środku, a jest śpiączkowe tsunami i żaden most nie wydłuża się do jutra, a skraca do przed-wczoraj. Z każdą sekundą zamieniam się w kukłę z fabrycznym błędem, bo zamiast grochu pracownik wrzucił między szmaty serce. I boli, tak kurewsko boli, że boję się jutra, bo wiem, że nie zdołam się zwlec z łóżka, a nie mam prawa teraz umierać, to czas „innych”. Nigdy nie przypuszczałam, że można czuć się tak obco w samym sobie, ze dotyk dłoni przyprawia o mrowienie. Że to może przyjść tak niespodziewanie i bez powodu. Że można nie mieć siły i celu. Ja zawsze miałam. Czas przeszły-zakurzony, choć chciany. Wciąż mam, ale to nie wystarcza by... no właśnie by co? nogi są zbyt ciężkie bezsenem. Psychiatra puka do drzwi i prosi żebym pozwoliła sobie pomóc, a wizja tabletek ulepszaczy coraz bardziej kusi i otwieram szufladę, patrzę na książeczkę i chce iść powiedzieć głośno, ale boję się. Bo cały mój świat może okazać się urojeniem i wtedy nawet chemia nie pomoże. I terapia prawie aktualna. Jestem cudza, w cudzych rękach, cudzą zabawką. Tylko mnie to nie bawi, cały wszechświat śmieje się do rozpuku, na zdrowie.
[Massive attack: "A prayer for England"]

15.01.2008 godzina 01:58

"The Cure - Want"

I'm always wanting more
anything I haven't got
everything
I want it all
I just can't stop
planning all my days away
but never finding ways to stay
or ever feel enough today
tomorrow must be more
drink more dreams more bed more drugs
more lust more lies more head more love
more fear more fun more pain more flesh
more stars more smiles more fame more sex
but however hard I want
I know deep down inside
I'll never really get more hope
or any more time
any more time
any more time
any more time

I want the sky to fall in
I want lightning and thunder
I want blood instead of rain
I want the world to make me wonder
I want to walk on water
take a trip to the moon
give me all this and give me it soon
more drink more dreams more drugs
more lust more lies more love
but however hard I want
I know deep down inside
I'll never really get more hope
or any more time
any more time
any more time
any more time...

Właśnie pękło niebo, a rozkruszona kopuła rozsypuje tysiące kryształowych opiłków. Szklany deszcz spadł na betonową podłogę balkonu. Przecięta połać horyzontu nabiera barw, groźnie intensywnych, jak po każdym codziennym przełomie. A ja znów w osłupieniu. Bo przyszło z zaskoczenia i zdarło kurtynę. Co za nią?
zabawne. zmieściłam się w niespełna 5 minutach. cała moja tajemnica. wszystkie grzechy i kwintesencja uwielbienia.

14.03.2008 godzina 23:31
Jestem, bardziej niż byłam kiedykolwiek. I choć szum przestał się zakradać, a głośno dobija się do drzwi świata, do którego udało mi się wrócić - walczę ze swoją naturą i nie pozwalam zaratustrze zerwać się ze smyczy.
bo czas prze-niebieski.
bo miejsce całkowicie moje.
bo nie jestem jedynym Piotrusiem Panem w tej bajce, choć tylko ja potrafię latać.
i!
tegorocznej wiosny skrzydła wyrastają bezboleśnie.

10.04.2008 godzina 00:27
Wczoraj była poczekalnia pełna ludzi z rozsypującymi się duszami, o płytkich spojrzeniach odbijających tylko szarą powłokę codzienności, pan krzyczący zza psychaitrycznych drzwi, że nie pójdzie do szpitala, wstrzymywany mundurowymi ramionami, i gabinet nie-pamietam-o-jakim-kolorze-ścian z oknem, do którego uciekał wzrok kiedy z ust wymykało się wszystko to, o czym nie chciałam powiedzieć a co mówiło się samo. Wyszłam przepełniona gniewem niemożności i niechcianą świadomością, że czasem chcieć nie znaczy móc. Czasem tak straszliwie przykuwa do asfaltu myśl, że kocham, całą sobą, najmniejszym skrawkiem jestestwa, ale to za mało. Bo kiedy jest tuż obok, w środku wrze i krzyczy, że trzeba pomóc, już, teraz, a złożoność ludzkiej psychiki nie pozwala. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że nie podołam, że nie udźwignę cudzego cierpienia, bo zbyt mocno czuję, nie potrafię złapać zdrowego dystansu, że nie nauczę się siedzieć przed kimś czyje wnętrze umiera i pomóc, a ta bezradność wobec ogromu, uniemożliwi zamiast wzmagać wolę walki. A ja, szarak barwny tam gdzie mało kto dociera, skazany na wieczne niespełnienie, bo nie wyobrażam sobie siebie w innym miejscu i robiącą coś innego. Duszy nie oszukasz.

A dziś był „August Rush” i wybuchło tysiącem iskier. Uwierzyłam na nowo w to wszystko, co pozwala mi być tym kim zawsze chciałam. Bezradność rozwodniła się w chwilowym uniesieniu przywracając zaufanie idealizmowi. Tym razem nikt nie kłamał mówiąc, że będzie łatwo, pokazał jak wysokie góry trzeba zwyciężyć i nie było żalu rozczarowanego dziecka. Czy tak naprawdę można żyć? Czy nie jestem tak całkiem sama na tej bezludnej wyspie? Kolejne rozdroże, 10 kg cegieł w zielonym plecaku, serce zmęczone biciem. A jednak.

18.04.2008 godzina 00:14
Kolejny nieprzyzwoicie spontaniczny wyjazd na wariackich papierach, wszystko w biegu, na ostatnią minutę i pociąg jakby czekał na jednego ze swych pasażerów. Nie było czasu na wypisanie listy oczekiwań ani nastawienia na „tak” ani „nie”, zwykły impuls. A gdzieś w środeczku złośliwy głos mruczał, że ta droga nie pasuje już do moich stóp i chcąc nie-chcąc, tak niewysławialnie cicho była to wyprawa „ostatniej szansy”, na podobieństwo grudniowej, lecz teraz na płaszczyźnie czysto bezosobowej a ewidentnie ruchowej. Świat jakby na złość ułożył scenariusz bajkowo idealnego dnia dla człowieka widzącego sercem, i udowodnił, że nawet najbardziej absurdalny sens istnienia może nim być, jeśli tylko uwierzysz wystarczająco mocno. Dźwięki ukołysały największe lęki, dwa uśmiechy o jednoosobowym adresie i przy-dworcowa rozmowa o pędzie podróżowania uśpiły wszystkie demony. Ucichła wojna wewnętrzna i można zachłannie chłonąć piękno świata bez bibułki ochronnej, jak małe bezbronne dziecko. Tyle cudownych przypadkowych nie-przypadków, wspaniałych ludzi, których kroki przecięły schemat codziennego dnia, ezoteryczne poznańskie powietrze i gwiazdy zawieszone na niewidzialnych sznureczkach. Flow, flow, flow! Kocham ten stan całkowitej nieważkości, kiedy docieram do domu osuwając się ze zmęczenia na podłogę i nie chcę zasnąć, bo po przebudzeniu będzie już oficjalnie „przeszłe”. 2 dni, 1 noc, a zrozumiałam wszystko. Mogę żyć wbita w sztywny harmonogram codzienności, z zegarkiem na ręce przeliczać życie na złotówki, mogę uczepić nogi do ziemi i bawić się w normalność, mogę. Ale wtedy nie będę sobą, więc nie chce być! Pół roku wyrzekałam się tego co w sobie noszę, kilka miesięcy, by pojąć co się kryje pod hasłem „moja tożsamość”. Dziś już wiem, choć kropki na końcu zdania nie postawię. Moim domem jest ruch. A teraz stanę przed lustrem żeby zobaczyć jak z każdą sekundą rosną moje skrzydła i pobawię się w czarodzieja, zaczaruję rzeczywistość.

"Niech świat uświęci tę ciszę..."

18.06.2008 godzina 23:54
Jestem, głośna w ciszy.
I znów nie mieszczę się w sobie w ten najpiękniejszy z możliwych sposobów.
Jest właśnie tak, jak na pierwszym roku studiów, choć inaczej - dojrzalej, bo potrafię nazwać Wilkiem stepowym nadmiar grzmiący w środku. I wiem, że coś, co nazwałam drugim marzeniem może znaleźć dla siebie miejsce nie tylko w wystrzępionych notesach, ale i w drugim człowieku, w sercu uwielbionego francuskiego profesora. Wciąż chybotliwie, ale z Panią z ciasnego pokoiku doszłyśmy dzisiaj do wniosku, że potrafię żyć tylko na skraju. Za dużo nabrzmiałych zdarzeniami dni, rewolucji i przełomów, by zmieścić w kilku zdaniach, każda chwila zasługuje na osobną historię. Po prostu - żyję! Pełnią...? (zakleszczoną w 24h i kalendarzu obowiązków, nieistotne). A dzisiaj w ukochanych oczach dojrzałam "to wszystko", i mimo sztormów zasnę spokojnie. Już nic nie ma dla mnie znaczenia, tylko metafizyczne pomosty, zrośnięcie dusz i kosmos, mój i tylko mój, bo od maja mam Boga na wyłączność.

[Sigur Ros: "The nothing song" (ja słyszę!)]

08.07.2008 godzina 23:47
Operacja, znikam.
i nie wiem kim będę, gdy wrócę.
do pażdziernika, jeśli łaskawy raczy nadejść.

07.09.2008 godzina 16:14
Przeżuta przez życie delektuję się rutyną.
I nawet uwierzyłam na osobliwy ułamek czasu w możliwośc powrotu z sercem rozognionym, głodnymi doświadczania oczu. Tylko niespecjalnie mam ochotę wracać.

14.10.2008 godzina 19:43
Zaczął się najważniejszy okres, czas napiętnowany znaczeniem dalekosiężności decyzji i wyborów, czas samookreślenia. Pasja przeżera serce na wylot i wyciska słone, przezroczyste soki nadwrażliwości. I coraz częściej pojawia się w głowie niechciany szyld z namisem "dam rade?", pytajnik koloru czerwonego. Nie pojęte, że człowiek może zmieścić w sobie tyle cierpienia i bólu, jeszcze chcieć i walczyć. A ja mam mu być tarczą ochronną i odstarszać demony, nakłówać je szpilami zrozumienia i rozkładać na czynniki pierwsze, by jako drobniejsze drapieżniki mogły zostać skutecznie zwalczone przez pacjenta.
Jestem szczerze przerażona, a jednocześnie każdy kolejny przypadek jest potwierdzeniem poczucia, iż człowiek stanowi wartość najwyższą, że warto walczyć o każdego i do samego końca.
Nigdy jeszcze tak bardzo nie wierzyłam... Obudził się we mnie dawny żar i brak pokory wobec przeciwności losu. Znów chcę naprawiać błędy wszechświata nie zważając na cenę i ból, który świadomie wpuszczam do duszy. Kiedy dziś wracałam z warsztatów ocierając skrycie rękawem łzy wzruszenia, przypomniała mi się pewna magiczna rozmowa z I roku studiów z panną Anną marcową, gdy siedząc na plaży powiedziałam, że jeśli w ciągu całej pracy uda mi się uratować choć jednego człowieka, uznam, że warto było.
Jest relatywnie ciężko, ale głeboko.
Wciąż szukam metody na oswojenie.
Dziś znów usłyszałam, że jestem wyjątkowym i wartościowym człowiekiem, że potrafię natchnąć i dać wiarę. Przypomniał mi się magicznie rozumiejący Pan Profesor i te dwa najważniejsze zdania, które usłyszałam pewnego czerwcowego popołudnia. To jak wstrząsnęły dogłębnie i odbudowały fundamenty sensu. Moje kosmoludki. W takich chwilach wiem, że muszę podołać. Skoro ktoś taki... magija.

Osobowość schizoidalna na tle nerwicowym, z elementami lekkiej depresji (wg Pana Becka) i początek zaburzeń odżywiania w postaci anoreksji restrykcyjnej.
Do ostatniej kropli krwi!

13.11.2008 godzina 22:29
Do tej pory wszystkie podróże w kosmiczne czaso-przestrzenie były niekontrolowanym spadaniem w próżnię nadmiaru. Dziś lawiruję po odległych orbitach bezkarnie, nie odwiedzam a mieszkam. Nie wypatruję też drogi powrotnej do domu, bo domem stało się to właśnie miejsce przecięcia kilku światów, punkt, do którego dostępu nie ma nawet Dziadek Czas. I choć jeszcze jest zbyt wcześnie, by stwierdzić to z pewnością, chyba oswoiłam. Nie wszystko, ale kawałek, ten najważniejszy, który to pozwala wyzwolić się spod władzy grawitacji.
Jeszcze nie dojrzałam by nazwać, ale Basia wypowiedziała magiczne zaklęcie za mnie: „czas spokoju i wyłaniania się ładu z chaosu”.
Przestałam zastanawiać się co jest przeczuciem a co nadzieją najbardziej od-realnioną, bo ufam, bezbrzeżnie. I jeśli całe to piekło właśnie tak ma się skończyć, z czcią przygotuję w pamięci miejsce dla tych wszystkich bezsennych nocy.

A stojąc dziś na teatralnej scenie krzyczałam, szarpałam się i dałam upust szałowi, na który miszczu Jaro tak długo czekał. Z każdym wyrzucanym na języku słowem rozbudzał się we mnie gniew, krew pulsowała szybciej i kilka cegieł w murze drgnęło. Po 2 latach! Sadziłam, że już nigdy nie pobiegnę nocą na plażę by wykrzyczeć światu ból, że już zawsze zostanie tylko wymuszony szept. A teraz zbieram się w sobie i już za kilka dni wyswobodzę. Tylko ja wiem, kto stał po drugiej stronie łóżka w mojej wyobraźni.

[nadmiar siły do życia, przerost woli istnienia (hubris).]

02.12.2008 godzina 19:15
I znów wylądowałam w ciasnym pokoiku z Panią, która była tylko dla mnie na czas zakleszczony w 20 minutach. Rozważania na temat oporu, który tylko pozornie wydaje się nienaturalną blokadą, a w swym rdzeniu oznacza, że dotyka się rzeczy ważnych. Uświadomiono mi boleśnie, jak bezlitosnym katem jestem sama dla siebie, jak nierealistyczne wymagania stawiam na swojej drodze i dręczę dążeniem do nieosiągalnej perfekcji, panna zawsze-i-wszędzie-idealna. Ludzie często mi mówią, że przy mnie czują się nikim, że przygniatam ich swoją nieskazitelnością, a ja zazwyczaj parskam śmiechem, bo nigdy właśnie tak na siebie nie spojrzałam. Zadziwiające jest, że w stosunku do innych potrafię być tak tolerancyjna, a samą siebie traktuję jak największego wroga. Czas na zmiany, czas na samoakceptację? Po cichuteńku już zaczęłam zmieniać, ale to trzon mojej osobowości, nie można go od tak sobie – wymazać. Były rozmowy o strachu przed dorosłością (nie dojrzałością!), śmiercią i płynnością granic psychologicznych. Pani powiedziała, że to bardzo dobrze, że się waham i boję i uśmiechnęła się ciepło stwierdzając, że jeszcze się kiedyś o tym przekonam. Odparłam, że mam nadzieję, iż pewnego dnia przyznam jej rację. I wiem, że tak będzie, tylko dzisiaj trudno cały ten relatywizm udźwignąć, mimo ezoterycznej nadmorskiej mgły, cudownych przyjaciół i dziecięcej wiary, trudno.
Powróciły koszmary. Tak barwne i wyraziste, że nie pozwalają się dośnić do końca. A kiedy znów zamykam powieki, przybierają odmienne formy, równie straszeczne. Znów gwałt i przestroga iście Zaratustrowa. Cóż, cena samopoznania jest wysoka, 2 lata temu nie wiedziałam w co brnę, dziś robię to świadomie. Odkryłam już w sobie tyle zła, że nie sposób żyć jak dawniej.
/”Kat miłości” Yalom
/”Emocje i poznanie w schizofrenii” K. Drat-Ruszczak
/”Mała Ikar” H. Oyeyemi

[buty na miarę stopy Boga. Bo w życiu nie ma nic prócz życia.]

11.12.2008 godzina 22:13
Idealistka trafiła na konsultację poprzedzającą terapię psychoanalityczną. Były dyskusje psychologiczne i pytanie o powołanie, skwitowane stwierdzeniem, że „misja jest zawsze ucieczką”. Wyszłam z ośrodka trzęsąc się, rozdygotane dłonie nie były w stanie utrzymać papierosa a po przekroczeniu progu mieszkania popłynęły tysiące słonych łez. Freudowski czołg wjechał do Nibylandii i postrzelił w serce Pana zwanego Kosmosem. Czy to możliwe żeby człowiekiem kierował tylko determinizm? Czy na świecie naprawdę nie ma magii? Czy wszystko można tak głęboko spłaszczyć? Półroczna praca nad sobą legła w gruzach. Choć wiem, że kobieta nie miała prawa powiedzieć tego ze względów etycznych – powiedziała. I rozłamała na pół żarzące się serce młodego wojownika. Przecież tak nie może być, NIE MOŻE. Nic nie miałoby najmniejszego sensu… Zostałaby tylko zimna pustka. Wystawiona na próbę moją największą miłość, bo jeśli psychologia jest tylko tym, to ja już nie chcę. Nie chcę być psychologiem, chcę być małą dziewczynką i wierzyć naiwnie w swój wszechświat. Co w tym złego?! Błagam Cię, powiedz, że magia istnieje, POWIEDZ!
mam ochotę to wszystko rzucić w cholerę, zostawić studia i wyjechać do Tybetu, zamknąć się w klasztorze, ale przecież nie mogę, to cały mój świat, największa miłość... Trzeba było pójść na ekonomię, liczyć słupki, wszystko byłoby proste. Po co ja to sobie robię?!

21.02.2009 godzina 19:24
Obudziłam się rano przepełniona jasnością, która uskrzydla i dławi w zarodku mrok. I tak… co dzień. A fakt, że owa lekkość nie ma źródła w żadnym fizycznym zdarzeniu daje komfort, że gdyby niespodziewanie chciało zniknąć, znów zawędruję nad skraj otchłani i wpadnę w kosmiczną czarną dziurę. Błogostan zniebieszczania.
I wciąż wściekam się na siebie, że nie potrafię Tu pisać o rzeczach miękkich, ciepłych i dobrych, a wylewam potokiem słowa gorzkie i bolące. Przecież na ogół jestem pioruńsko wesołych człowiekiem (ostatnio znów ktoś mi powiedział, że zna zaledwie garstkę ludzi, którzy noszą w sercu taką wolę walki i życia jak ja) a obraz, który zarysowuje się z liter Tu pozlepianych przypomina raczej depresję o zagubionym spojrzeniu. A ja najzwyczajniej w świecie boję się zamykać szczęście w słowach, które zawsze odbierają moc sprawczą i spłaszczają wypukłe kształty radości. Nie chce umniejszać nazywając, więc milczę.

28.04.2009 godzina 23:38
Magia wdziera się przez wszystkie szczeliny a usta szczęściem splątane.

21.05.2009 godzina 19:24
Kwartalnik "Korespondencja z ojcem" numer 14, strona 116 - kawałek mnie.
(dostępne w empikach).

11.07.2009 godzina 23:53
I znów mój świat staje na głowie, a ja wyciągam ręce przed siebie i chwytam za kark ulotność. Nie puszczę.

14.08.2009 godzina 23:36
Wreszcie znalazłam miejsce, którego szukałam przez całe życie. Przestrzeń, w której zmieszczam się cała, tak całkiem całkiem. Mogłabym wreszcie pozbyć się mentalnej bezdomności i zapuścić korzenie nie tylko w słowach, ale i twarzach, imionach. Otworzyły się drzwi, TE drzwi, zielone. Na oścież. To ja pociągnęłam za klamkę, ale byłam pewna, że są zatrzaśnięte, że trzeba będzie szturmować, walić pięściami, głową, rozbijać czoło. Ale zamek puścił natychmiast i nie byłam na to przygotowana. Na ten strumień światła, który usiłuje mnie połknąć (tak Panie Piotrze, znowu jesteś kilka miesięcy przede mną). Stoję więc w progu z drżącymi dłońmi i ryczę. Z bezsilności, wściekłości, szczęścia. Największe marzenie leży pod moimi stopami, ale boję się po nie sięgnąć, może poparzyć gładką skórę serca. Wiem, że ta decyzja może zmienić całe moje dotychczasowe życie. Zmienić w sposób, na który czekałam od zawsze. Ale o wiele trudniej jest dzielić się swoim światem znając nie tylko litery, ale i wyraz oczu, ton głosu, zapach. Trudniej być sobą tak do końca i potem spojrzeć w twarz bez wstydu i lęku. Trudniej napisać. I to już nie jest kwestia kolejnych ewentualnych publikacji, a kwestia wkroczenia w inny świat. Absolutnie mój. Dopiero teraz widzę jakim szarakiem czuję się w środku, to odwieczne przekonanie, że nie zasługuję, że nie mam nic do zaoferowania paraliżuje kroki. I nawet tamta rozmowa, jedna z najmagiczniejszych, nie pozwala mi uwierzyć, ze już, tu, teraz. Że czekaja z otwartym sercem. Że chcą przygarnąć. Jestem ziarenkiem piasku na pustyni. Nie wiem czemu Pielgrzym zauważył właśnie mnie, ale wiem, że się pomylił. A jeśli skorzystam z tej szansy będę żyła z poczuciem, że świadomie go oszukuję. I wyczekiwała w napięciu dnia, kiedy zobaczy sprawy takimi, jakimi rzeczywiście są – że „nie ma we mnie nic i nic nie jestem warta”, że się pomylił. I wtedy odejdzie, a ja nie będę potrafiła zapomnieć.

Nie, ja wcale nie jestem niewdzięczna, po prostu czuję się niegodna.

Klęska urodzaju.

3.12.2009 godzina 00:38
"Gdybyś mnie po prostu przeleciał, zniszczyłbyś we mnie wszystko. Przekonałoby mnie to, że interesuje cię tylko doznanie rozkoszy z moim zwierzęcym ciałem, że nie obchodzi cię, czy jestem osobą. Znaczyłoby to, że wykorzystujesz mnie jak kobietę, podczas gdy w rzeczywistości nią nie jestem i potrzebuję pomocy, by się nią stać. Znaczyłoby to, że widzisz tylko moje ciało, a nie dostrzegasz mnie prawdziwej, mojego prawdziwego "ja", które jest "ja" małej dziewczynki. Prawdziwa ja obserwowałabym gdzieś z góry to, co robisz z moim ciałem. Wyglądałbyś na zadowolonego, ze moje prawdziwe "ja" umiera. Kiedy karmisz dziewczynkę, sprawiasz, że czuje ona, iż jej ciało i jej "ja" są chciane. To pomaga jej zebrać się w sobie. Kiedy ją pieprzysz, może ona czuć, że jej ciało jest czymś odrębnym i martwym. Ludzie potrafią pieprzyć martwe ciała, ale nie umieją ich karmić".
Ostatnie zdanie przeszyło mnie na wskroś, zadając niemalże namacalny, fizyczny ból. Prawda zazwyczaj dotyka w najczulsze miejsca.

19.04.2010 godzina 23:07
Przepoczwarzenia.

01.02.2011 godzina 20:29
Zadania do wykonania: Nie być dorosłym. Przypomnieć sobie latanie.Czesław Miłosz "Pod koniec dwudziestego wieku".

Pod koniec dwudziestego wieku, urodzony na jego początku, po napisaniu książek, złych czy dobrych, ale pracowitych, po zdobywaniu, traceniu i odzyskiwaniu,

Jestem tutaj z nadzieją, że można zaczynać na nowo i własne życie uleczyć myśląc mocno o rzeczach poznanych, tak mocno, że miejsc i ludzi nie odejmie czas i wszystko będzie trwało prawdziwiej niż było.
Nie rozumiejąc skąd lata ekstazy i razem udręki, przyjmując swój los i błagając o inny, nie pobłażałem sobie, zaciskałem usta.
Dumny z jednej tylko, mnie wiadomej, cnoty: smagania się wieloramienną dyscypliną.
Ciągle zaczynam na nowo, ponieważ co złożę w opowieść okazuje się fikcją, dla innych, nie dla mnie, czytelną, i oplątuje mnie, i zakrywa mnie, i z pożądania prawdy jestem nieuczciwy.
Wtedy myślę o prawidłach wysokiego stylu i o ludziach, którym nigdy nie były potrzebne. Jak i o tym, że całe życie zwodzi mnie nadzieja.

1980
.
Skrywane od 3 miesięcy myśli bezładnie posklejały się w strzępki barwnych wspomnień. Znalazły swoje miejsce we wszechświecie i w najmniej przewidywalnych momentach odbijają echem od betonowych ścian, by przypomnieć intensywność minionych doświadczeń. Pozrastały się w kształty bez formy a upływający czas lepki z nich coraz wyraźniejsze figury i nadaje znaczenia, objawia sens bytności. Zapomniałam już melodię wystukiwanych na klawiaturze literek, wydaje się drętwo obca i nieznośnie mechaniczna, a jednak wciąż powracam w to miejsce i próbuję wydobyć z dna siebie choćby namiastkę swojej historii. W życiu zapanował chaos niekontrolowany, skurczył dobę i nadał szaleńczo destrukcyjne tempo, któremu się bezwolnie poddaję, bo ulotność i kruchość dotyka zbyt głęboko i nie pozwala zaprzestać łapania ostrości na nieskończoność. Ciągły brak pokory, nieumiejętność rezygnacji z pragnień wytyczających tor samorealizacji sukcesywnie wykańcza. Wiem, że to kwestia czasu, że muszę dokonać wyboru, ale świadomie odwlekam krytyczny moment. Chroniczne nienasycenie sprawia, że najbardziej stały grunt zamienia się w ruchome piaski, ale nie jestem sama. U boku dzielnie drepcze Anioł Stróż, najwierniejszy przyjaciel, do niedawna wróg. Wsłuchuje się w rytm bijącego serca i nie pozwala mu wyskoczyć z piersi, nie pozwala pęknąć i wciąż robi coraz więcej miejsca by rosło. Uczy mnie latać tłumacząc, że w następnym wcieleniu będę ptakiem. Ja prowadzę go w głębiny człowieczeństwa, którego nigdy nie zaznał. Przeraziła go siła i zniewalająca moc uczuć jakie kłębią się w ludzkich duszach. Obiecał, że już nigdy mnie nie porzuci, jeśli tylko nie zwątpię. Powolutku wracam do domu, nie zaciemniając przebytych ścieżek, nie wypierając się własnych błędów, dzięki nim teraz jestem kim jestem. Pewnym krokiem, z wysoko podniesionym czołem przed siebie. Próbując ogarnąć wzrokiem horyzont i upajając się zawiesistym smakiem wolności.

.
Kilka miesięcy temu wsiadłam do nieznanego pociągu, którego stacją docelową miała być niezależność. Zatrzasnęłam za sobą drzwi zostawiając wszystko to, co do tej pory więziło. Z plecakiem pełnym nadziei i wiary. Na dnie kieszeni nieodłączne kasztany. Leniwie zmieniające się za oknem krajobrazy czarowały nieuchwytnością, a powietrze przesycone nieznanym, siłą wdzierało się do płuc. Przemierzając wagony na szybach czas kreślił archiwum przeszłości. Jedna z nich pękła pod naporem drążącej litery dłoni. Drogę przecięły ślady obcych stóp. Epizody brzemienne w katastrofy i ostatnie strony kart wyrwanych z dziecięcych bajek o nierealistycznie baśniowych zakończeniach. Przypadkowo wypowiedziane słowa w najbardziej odległych częściach świata, do dzisiejszego dnia nie pozwalają spokojnie zapaść w sen. Kilka nie-zawsze chłodnych dłoni, ułamki czasu wykradzione teraźniejszości, prawda wylewająca się z ust na bruk przyjemnie nieznajomych butów. A każdy krok był przesuwaniem granic, znoszeniem barier wyssanych z mlekiem matki i upychanych tępą łyżką do głowy. Szukałam siebie. Obudził mnie łomot błyskawic i zgrzyt łez uderzających o bezduszną podłogę w przedziale. Obok siedział mój Anioł Stróż i trzymał mnie za rękę chcąc dodać otuchy. Na dnie źrenicy tlił się morderczo wyraźny blask strachu. Wyjrzałam za okno, ale tym razem zobaczyłam mgliście schizofreniczne kształty smaganych wiatrem drzew. Pociąg nabiera prędkości z każdą minutą, a ja nie potrafię go zatrzymać. Nie mogę wyskoczyć. Zamieram w bezruchu sparaliżowana rodzącą się świadomością. Przypomniałam sobie nocną rozmowę z Bogiem, której wtedy nie zrozumiałam. Powiedział, że mogę wrócić, ale czeka mnie najcięższa walka. Dzisiaj pojęłam sens Jego słów. Pociąg, nad którym utraciłam kontrolę gna ku zatraceniu... Znów nie ma czym płakać, nie ma czym krzyczeć. System za bardzo się rozrósł. Sukcesywnie zaprzepaszczam.

.
Chciałabym móc odciąć się od natłoku spraw, choć na jeden dzień zerwać ze ściany zakreślony kolorowymi długopisami kalendarz i wyrwać z wiru zdarzeń. Nie odczuwać miażdżącej siły zbyt szybko pędzącego czasu. I nie martwić się jego nierozciągalną naturą. Wypełnić głowę błogostanem lekkiej pustki. Uciekam od tego świata, ludzi, obowiązków by nie popaść w obłęd, którego mechanizm sama stworzyłam. Tam gdzie śpiew ptaków nie wywołuje migreny i można odkleić cudze niechciane, obrzydliwie lepkie spojrzenia. Klamka zapadła, już nic zrobić nie mogę, pozostaje bierne czekanie na wyrok. Przyjmę werdykt z chorobliwą obojętnością, bez obarczania siebie odpowiedzialnością, zrobiłam co mogłam, widocznie tak miało być. I nie mam odwagi prosić, usta za bardzo się zrosły, tylko serce cichutko bije w rytm niewypowiedzianych pragnień. Boże Ty przeciez wiesz, nikt inny nie musi.
A za oknem zagubiony w przestrzeni chłopak gra na akordeonie. Instrument łapczywie zasysa powietrze by wydobyć z siebie dźwięczny jęk. Nienawidziłam akordeonu, do dziś. I na chwilę przenoszę się na paryską, dusząco-wąską uliczkę. Jestem Amelią.
Mam na sobie tylko skrzydła ze styropianu.

.
Pośród miejskiego gwaru ocalało miejsce nietknięte brudem codzienności. W samym sercu stłoczonych domów, pomiędzy pajęczyną gęstych ulic, zalanych betonem połaci ziemi duszącej się z braku powietrza. Maleńka oaza spokoju, świątynia dumania. Grupa ludzi usilnie próbujących zmienić ówczesny ład a przy tym świadoma ułomności swej natury, nie podejmująca próby walki z genetycznie zakodowanym składem krwi, zgromadziła się, by choć na kilkadzieścia minut podzielić się z przypadkowymi przechodniami swym światem. Kilka godzin pracy, składania kartonów, nadziewania beznamiętnie twardych świec na pręty, by móc na ułamek czasu zjednoczyć się z twórczą mocą Boga. Godzina 21.45, przez zawiesiste powietrze wypełnione próżnią oczekiwania, do uszu przedzierają się pierwsze dźwięki. Ciało dotyka nigdy wcześniej nie doświadczony paraliż. Mechanicznie chwytam lampion i wykonuję pierwszy krok, symboliczna wędrówka w głąb własnej duszy. Przeistaczam się w cienisty kształt, formę bez treści, treścią jest ogień. Jestem posłańcem żywiołu, który bezładnie wykrzykuje urywane zdania. Rytm kroków wprowadza w niebywały trans, wszyscy ludzie zgromadzeni przed trzypoziomową sceną znikają. Jestem tylko ja i moja osobista historia. Rozstawiamy bezładnie kartonowe sześciany rozświetlające mrok nocy. Budujemy piramidę. Kilka lampionów zgasło, inne spłonęły, bo podłoże okazało się nierówne, ogień zajął delikatny materiał. A w każdym z nich migoczą cztery świece, migoczą nieprzewidywalnością losu i wydarzeniami ostatnich miesięcy. Na środkowym poziomie powstaje klepsydra, aż nazbyt wymowna w swym metaforycznym znaczeniu. Podchodzę na sam skaj sceny i unikam wzroku widzów, nie ze strachu, nie, już nie... Nie chcę żeby dostrzegli obnażoną na dnie źrenicy głębię. Nie chcę dzielić się przeżywaną ekstazą. Chciwie zamykam w sobie. Jeszcze żaden krok nie był tak pewny a dusza nigdy nie oddychała tak łapczywie. Wreszcie znalazłam miejsce, w którym można się całkowicie zatracić i poddawać mocy przepływu. Znak. Zacierające się kształty podnoszą lampiony, by z impetem uderzyć nimi o ziemię i zgasić zżerające ogniem knoty. Muzyka stopniowo cichnie, słychać tylko grę świerszczy. Wychodzimy przed zgromadzonych i kłaniamy w podzięce a na twarzy zarysowuje się szczery uśmiech. W drodze do domu maleńkie krople deszczu zraszają przerażone intensywnością przeżyć ciało. Niebo płacze z poruszenia. Jedna z najważniejszych nocy w moim życiu dobiega końca, choć już zakorzeniła się w pamięci, nie pozwoli zapomnieć.
Warszawska Akademia Ruchu poprzez „Światło i ciążenie” pozwoliła mi odkryć kolejny kawałek mapy.

.
Bałam się jak nigdy dotąd o to, co ukarze realizm życia. Prawda trzymała w dłoni moje losy i ironicznie potrząsała nimi w rytm znienawidzonych, cudzych kołysanek. Napawała się wyższością i bawiła moim kosztem. Wypalona bezsilnością stawiłam jej czoła. I w oczach znów pojawiły się łzy szczęścia... Mój niezawodny Anioł Stróż. Byłam pewna najgorszego a dostałam kolejną szansę. Zniewalająca fala ulgi rozlała się po całym ciele i poczucie ciągłości sensu wypełniło każdy skrawek świadomości. Choć głowa pęka z bólu wywołanego nadmiarem emocji, jutro wstanę pełna sił, mój cień wypełni mobilizacja i stanę na polu walki. Dziękuję, po raz kolejny...
Kosmos musi mnie naprawdę kochać!

13/14.06.2007 godzina 00:00
Znów zatarła się granica horyzontu oddzielającą podniebny bezkres i linię morskiego grzbietu. Gdzieś w oddali mgła zarysowuje bezkształtne figury i dodaje mistycyzmu najbardziej prozaicznym tworom. Oślepiająca biel nieboskłonu miesza się z pastelowo błękitną wodą jednocząc żywioły. A zadziwione niepojętym zjawiskiem oczy błądzą w próżni usiłując dostrzec gdzie kończy się jeden i zaczyna drugi. Po raz pierwszy poczułam tlące się w głębinie życie. Jakby każda fala była dowodem istnienia oddechu morskiej toni. Delikatnie falujące grzbiety przetaczają się naprzemiennie i znikają u źródła. Ostatnio dużo jest tych pierwszych razów. Uwielbiam kłaść się na chropowatym piasku utrzymującym ciepło dziennego słońca i zatracać w niebycie. Przesypywać przez dziecięco nieporadne dłonie piasek ze świadomością, że nigdy więcej nie zdołam uchwycić tego samego ziarnka piasku. I koić zmęczoną codziennym biegiem duszę cyklicznym szumem. Wciąż zastanawiam się co kryje się za kurtyną horyzontu? Morze musi czuć się bardzo rozrzedzone ilością przypadkowych bywalców, każdy kradnie skrawek jego nieformalnie uznanej struktury. Większość nieświadomie. A jednak, zabierają bezpowrotnie jego część, a ono bez słowa sprzeciwu karmi innych i zaszczyca pięknem widoku. Ciekawe czy nie odczuwa pustki... Trudno wypełnić tak rozległą przestrzeń. Moja nadwrażliwość nie mieści się w 46 kg i czasem wybucha. Zatem jak skondensowana magia musi tkwić wśród podwodnych atomów? Kiedyś się dowiem, tak. I czeka mnie niewyobrażalnie długa rozmowa z Panem Herbertem o zachodzie słońca, z Norwidem o wschodzie ... Niżyńskiego spotkam w dniu rocznicy uświadomienia, odwiedzimy polanę pełną maków. Z Panem Tolkienem pójdę na huśtawki. Pan Kamilek sam wybierze miejsce. A Hesse? Myślę, że usiądziemy w cieniu starego drzewa, tego najważniejszego. Pewnego dnia dołączy Pan w pasiastym sweterku, by wyjaśnić mi sens przeszłych wydarzeń. Już w przyszłym roku, wraz z nadejściem lata porzucę ludzką skorupę i wchłonę w siebie wszystko co stworzyłam. Znikną sztuczne ramy i nie będzie poczucia uziemienia. Nie boję się, pokornie czekam aż paląca się żywym ogniem gwiazda zgaśnie. Ziemskie powietrze ciężkie zapachem jaśminu też czaruje. Ja po prostu wiem.



14.06.2007 godzina 12:19

Topolowy puch kołysze się na wietrze. Wiruje wokół własnej osi drgany prądem powietrza i wzlatuje z zadziwiającą prędkością. Przypomina maleńkie wróżki z dziecięcych bajek. Sprawia wrażenie świadomego obranego kierunku i zdeterminowanego wielkością pragnień do tego stopnia, że potrafi wymusić na powietrzu sprzyjające podmuchy. Tysiące pourywanych strzępków, a każdy nosi w sobie swoja własną historię... Korony drzew skąpane we mgle przypominają wyryte w głowie obraz z dawnych lat, miejskie Lothlórien. Za oknem pierwsze krople deszczu karmią spragnioną trawę i oczyszczają, jak zawsze. Bo niebo wciąż ciężkie grzechami zagubienia ("six months off for bad behaviour")... A aksamitnie miękki głos Loreeny wprowadza w harmoniczny błogostan. Wytchnienie mimo spraw.
[L. M: "Sacred Sabbath"]



30.06/01.07.2007 godzina 02:50

Dzisiaj w drodze do domu świat nagle usunął się spod stóp. Myśli zawirowały z zawrotną prędkością i poczułam jak ciało bezwładnie opada na twardą płytę chodnikową. Całkowita utrata władzy w kończynach i niebezpiecznie wydłużające się sekudny, zamazujący się przed oczami obraz. Wrażenie zupełnego wyobcowania, ułomnej słabości, nad która nie sposób zapanować. Usiadłam, omdlenie minęło. Przestraszyłam się, bardzo bardzo. Po raz kolejny wszechświat napiętnował moją maleńkość. Organizm manifestacyjnie zastrajkował.
Stop!
Stop?

I mimo ustawicznego zmęczenia boję się zamknąć oczy, by we śnie znów nie spotkać twarzy, która wyraża za dużo lub zbyt mało. I te wszystkie miejsca, które upominają się o niezmaterializowane odwiedziny.
Niemożność.



01.07.2007 godzina 01:20

Kocham takie noce przesycone ezoteryczną magią. Kiedy na sznureczkach wisi czas a nikt nie podcina go nożyczkami, pozwala beztrosko falować na wietrze wydychanego powietrza i daje poczucie opanowania niezrozumiałego mechanizmu. Nawet zegar tyka ciszej. A srebrna tarcza księżyca roztacza wokół blask, który dociera do najciemniejszych zakamarków duszy i usypia demony. Mgliście błękitny pył otula aureole gwiazd i sprawia, że wydają się bliższe niż kiedykolwiek. Zmęczone codziennym zamętem miasto zasypia, w oknach gasną rażące oczy światła i cichnie warkot zmierzających donikąd samochodów. Siedzę owinięta w mięciutki szlafrok na balkonie przełomów i wszystkie miażdżące za dnia problemy umykają w nicość, rozpływają się w powietrzu o za mało rozcieńczonym zapachu wolności. Samoistnie umyka poczucie zagubienia i klarują się zatarte w ciągu dnia upstrzone znakami drogi. I jakoś tak lekko i dobrze. Wszystkie palące grzechami blizny wydają się mniej wyraziste. Jakby każdy oddech oczyszczał z dawnych błędów i karmił przezroczystością. A dźwięki wkradają się do krwiobiegu i czarują nieprzytomnie. Zapomina się o maratonie, który już jutro zapuka do drzwi i zostawi niechcianą listę obowiązków na wycieraczce. Chemiczny uspokajacz odbiera kolejne 7 minut życia i podkreśla gorzki smak ulotności. Nie szkodzi. Zniewalająca cisza przepełnia szczęściem.
Zamieszkam na balkonie.

05.07.2007 godzina 02:00

Wyrywam ze szponów czasu kilka godzin, by nie zwariować. Wczoraj oczy wżarły się w obraz i znów „świat wypadł z orbity, by dryfować w stanie nieważkości”, balansując między kreatywną przepaścią a pustką. Każdy dźwięk bez pytania o pozwolenie wpełzał do głowy i siał zamęt wśród spłoszonych myśli. Bolało i cieszyło, jak zawsze. Nogi zmusiły do pozostawienia śladów butów na wydeptanej ścieżce do sklepu z kolorowymi butelkami, i kilkadziesiąt minut życia odebrał duszący dym, bez dysonasu, samozachowawczo, czasem się przydarza. I trzeba było wybiec z domu, bo uczucia nie mieściły się na powierzchni 27 metrów. Chodziłam wiec w kółko ostrożnie omijając zakończenia płyt chodnikowych, i korciło straszliwie żeby położyć się na nieskoszonej, mokrej trawie. Ale włączyło się „nie wypadam” i zatrzymało machinę zdarzeń. W drodze do domu zobaczyłam własny cień, ukłonił się pokornie i przedstawił. Ma straszliwie długie i chude nogi, ale jest sympatyczny.
Przekluczanie zamka w prawą stronę jeszcze nigdy nie sprawiało takiej przyjemności. A jednak jakiś czas temu na kapselku od soku znalazłam informację, że najgłębszy tunel jakiś-tam jest w Moskwie. Pomyślałam, że wypadałoby zobaczyć przed śmiercią. I że nie ma w tym nic niezwykłego. Po prostu interakcja impuls-czyn. Tylko z wizą byłby problem. Bo pan konsul by nie zrozumiał, jak większość zresztą. Nie szkodzi. Anonimowym przechodniem mogę być wszędzie. I już w poniedziałek, peleryna niewidka na plecach i teatralna wyprawa. Dla duszy. Wbrew normom i zasadom. Na przekór rozumowi.

06.07.2007 godzina 23:29

2 dni temu zatęskniłam za jesienią. Taką o zapachu gnijących liści i schnących na kaloryferach swetrów wymoczonych w ukochanym brzoskwiniowym zmiękczaczu do ubrań. Choć i to się zmieniło. Za beztroskim przeskakiwaniem przez płoty, wyszukiwaniem drzewiastych palców, które zostaną zamknięte między zapisanymi stronami grubych tomisk, i ogniem w kominku. I za 3 kasztanami, o bardzo grubych pniach i cudownie foremnych liściach, takich, które rosną tylko na moim narniowym końcu świata i chętnie przygarniają samotne sowy. W oku zaplątała się bezpańska łza na wspomnienie o tych wszystkich latach, o kasztanowych ludzikach, latawcach i parku widocznym z okna. O spokoju, którego nigdy już nie zaznam, bo dusza wreszcie znalazła swoje miejsce, ale wydała przez to na siebie wyrok, nieodwracalny i napiętnujący. A przecież tak bardzo mi tego brakuje... Kociego mruczenia, babciowych kłębków wełny zagubionych w przestrzeniu maleńkiego pokoju i rodzynek w czekoladzie.
I wciąż mam ogromny żal do pani pisarki, że powiedziała kiedyś, że pigułki krumeliusa zapobiegają dorastaniu i pozwalają zostać wiecznym dzieckiem, i do siebie, za głupotę, że w to uwierzyłam.

Już za kilkanaście godzin... Czuję, jak skorupa zaczyna pękać i boję się, że to przed czym tak długo uciekałam zaatakuje jednocześnie z wszystkich stron uniemożliwiając jakąkolwiek samoobronę. I nie wiem czy chcę się bronić, bo to takie poprawne i nie-idealistyczne, a przecież na co dzień z tym walczę. Chciałabym móc otworzyć się i popłynąć, jak kiedyś, bez chwili wahania, w bezkres. Ale maj nauczył, że czasem cena jest za wysoka i nie warto, bo później boli i piecze, tak że do głowy przychodzą niechciane myśli. A oczy będą musiały znieść widok pana, który budzi za dużo uczuć i zradza skrajne emocje. Bo nie-przypadkowa ręka na przypadkowych plecach wciąż nie daje spokoju. I pourywane historie szukają zakończeń, słyszę jak szepczą za plecami i obmyślają plan zburzenia chronologii zdarzeń. Każdy dźwięk alarmuje przypominając. Ruminacje przebudziły się z latargu i nie pozwalają funkcjonować. I tyle we mnie wszystkiego, że nie pojmuje jak się zmieszcza w tak ciasnym ciele. Zamknę jutro oczy. Dam ujście. A pan w pasiastym sweterku będzie, ale nie będzie. Na samą myśl o dzieleniu powietrza słabość dotyka kończyny. Ale nie, tym razem się nie złamię. Nie wróci, a jeśli wróci to tylko najpiękniejsze. Ten gdyński uśmiech i spojrzenie kiedy stał przy barze. I groszkowa koszula. I "helołłł" wyszeptane do ucha. Nic więcej. Tamtego już nie ma, bo nie jest tym czym było wtedy.
Nie. Nie wierzę. Nie potrafię. Był tak blisko, a ja nie jestem w stanie do tego wrócić. Zaprzeczam. 8 miesiąc wypieram. Za bardzo boli...

17.07.2007 godzina 01:14

Nie potrafię już być. Nie chcę mieć.
Dzisiejszego wieczora na zalanym błękitem niebie, boży pędzel nakreślił nazbyt wyraźne ramy celtyckiego krzyża. Rozświetlony od wewnątrz słonecznym ogniem poraził zmęczone oczy. I zamienił się w żołnierza trzymającego bagnet, patrzył w lewą stronę. Nieujarzmiona nieświadomość czy kolejne przeczucie?
A na chodnikach zaległy drobniuteńkie, rdzawe kwiaty lip. Coraz mniej intensywnej woni w powietrzu. Przypomniały mi się dziecięce wspinaczki na drzewa, rozkładanie na szarym papierze delikatnych żółto-zielonych gałązek i oczekiwanie na pierwszą zaparzoną z nich herbatę.
Idę odganiać śmierć, ugłaskać cudze przerażenie i udawać, że jestem silna, choć obie wiemy, że to tylko kwestia czasu. Przypominają o tym grochowe łzy wypłakiwane w skrytości w łazienkowej bieli.
[csu]

22.07.2007 godzina 23:45

Dzisiaj spadły na głowę cegły dorosłości i zamiast rozbić czaszkę rozgniotły serce. Cicho i niezauważenie sprasowały realizmem i wycisnęły wszystkie soki, nie zostało miejsca na marzenia. Wystarczyła nieumyślnie wbita szpilka w głowę i w oczach stanęły łzy zmęczonego udawaniem dziecka. Twarz schowana za maską zastygła w grymasie, którego nikt nie dostrzegł za białą kurtyną. I nogi łamały się w pół kroku, ale szłam dzielnie przed siebie, jak kazali. Nawet flesz aparatu nie uchwycił bólu rozdzierającego pierś. Tylko całkowicie obcy Andrzejek wyczuł więcej niż powinien. A przecież było teatralnie, było kolorowo, a tuż przy prawym ramieniu stał szatniowy archanioł. Wszystko wewnątrz krzyczało tysiącem głuchych głosów. I zabrakło odwagi żeby jednym haustem wychylić bankietowe wino z okazji otwarcia galerii i odwrócić się na pięcie. Wygrzebany z dna kartonu Mały Książę dotknął zbyt głęboko.
Nikt nie zniszczy mnie bardziej niż ja sama.
W takich chwilach chciałabym być "normalna", nie widzieć i nie czuć bólu spadających kasztanów. Dar, który jest przekleństwem.
[Towary Zastępcze - Con tramortem]
(-bo choć tak pełny jest ruchu świat podksiężycowy to wciąż nie ma w ogrodach ziół przeciwko śmierci.)

23.07.2007 godzina 23:10

Wracając z pracy czułam się jakbym szła po raz pierwszy doskonale znanym chodnikowym szlakiem. Chociaż stopy wcześniej wydeptały ścieżki i bezbłędnie potrafią doprowadzić do celu, wszystko wyglądało inaczej. Jakby trąba powietrzna porwała mnie i wyrzuciła gdzieś na drugim końcu świata. I jeszcze trudniej niż zazwyczaj było wdrapać się na drewniane, skrzypiące schody. Bo wystarczyła przypadkowa rozmowa z uroczą staruszką i znów świat przechylił się o 180 stopni, troszkę wbrew woli, a jednak świadomie. Pani o przyjemnie ciepłym i mądrym głosie opowiadała historię Miki, która plątała się pod nogami uwięzionymi na srebrnym krześle prosząc o pieszczoty. A w jej oczach była tylko bezbrzeżna dobroć. Córka przywiozła ją z Jugosławii, w której akurat toczyła się wojna. Schowała ją w kasku, by móc przewieźć psiaka i ocalić przed wilczą naturą człowieka uzbrojonego w zbyt lekką broń. Syn wykłada na lotnictwie, ma ten sam uśmiech i pachnie spokojem. Oboje nie mają na nic czasu, bo potrzeba samorealizacji skrzętnie podcina zegarowe godziny. Zobaczyłam po drugiej stronie lustra obce odbicie i jakoś dziwnie ulżyło. A później Pani otworzyła drzwi aż nazbyt szerokiej szczerości i wróciła pamięcią do powstania, tego jak wywozili ją do Niemiec. I nagle jej Warszawa przeobraziła się w pustą kropkę na mapie. Nie potrafiłam uwierzyć w wylana na blat stolika osobliwość jej dziejów, i w szczerość jaką mnie obdarowała na obiadowym talerzu. Wyznała, że czuje się bardzo samotna, a ja wtedy chciałam poprosić żeby została moją adoptowaną Babcią, bo o takiej marzyłam przez całe życie. Nie zdołałam, lękawki wciąż mieszkają w głowie i blokują. Ale ta rozmowa zmieniła, niby nic a jednak wszystko.
[Con tramortem]

01.08.2007 godzina 01:13

Myśli nadmiernie kopulują pod kopułą czaszki nie dając wytchnienia. Paraboliczne okulary założone na twarz zamiast ochraniać oczy przed nadmiarem światła, oślepiają jasnością mnogiej ilości znaków. Już nawet nie próbuję wierzyć w przypadek, bo przypadki są tylko gatunku nie-przypadkowego. A nadwrażliwość wpędza w nader nie synchroniczny ruch huśtawkę cyklofreniczną, która raz buduje, raz niszczy. I wszystko za głęboko i za bardzo. Do tej pory był oddech i bezdech, teraz nauczyłam się żyć w przedechu. Ktoś kto usiadł za kołowrotkiem nie zapytał czy tempo mi odpowiada, bezgłośnie przędzie nici, które gdzieś splątały się pod stopami, obok wytartych kapci. A szmaciana kukiełka wiernie poddaje się mechanizmowi i przestała odliczać godziny i dni, pokochała. Zmieniam się. Z minuty na minutę. Ze skrajności w skrajność. I znalazłam swój prawdziwy kosmos, który tak samo cieszy co przeraża nadmiarem przestrzeni, bezdrożem dróg i tym ile wyzwala.

06.09.2007 godzina 20:29

Wypełnił się czas... Nie jestem w stanie udźwignąć kolejnego, nawet najdrobniejszego i najpiękniejszego doświadczenia. W ciągu ostatniego 1,5 roku przeżyłam więcej, niż większość ludzi w trakcie półwiecza. Bo nawet najdrobniejsze wydarzenia wywołują kotłowaninę myśli, wzbierają burzą uczuć i doprowadzają do obłędu. Czuję, że dzban świadomości rozkurczył się do granic możliwości i nie zmieści żadnej nowej kropli. A jednocześnie, po wczorajszej ezoterycznie ciężkiej nocy, wiem, że nigdy nie wolno mówić nigdy, bo nadwrażliwość nie zatrzymuje się w swym biegu i wciąż rozrasta, nie przestanie. Nie ma we mnie goryczy, bólu, ekstazy też. Jest bezgłośnie, lecz za dużo. Nie zdołam pożegnać kolejnej historii, więc po co ją zaczynać? Serce mi pęknie, już zaczęło bić ciszej. 3 dzień samobójcze myśli odbijają się głuchym echem od ścian, tak po prostu. I wciąż zastanawiam się, dlaczego(?) nie zrobiłam tego w Krakowie, w trakcie tamtej bezdusznej nocy, z Jastrunem w dłoni...

19.09.2007 godzina 01:29

Nie potrafię wyryć w przestrzeni kanciastych liter, wyślizgują się między palcami. Piszę myślą, a słowa wirują w kalejdoskopie świadomości i nie zasypiają. Wojna.
Oddałabym wszystko by móc cofnąć się w czasie, znów karmić dłonie zimno-gładką powierzchnią pociągowej szyby. Przed oczami wciąż mam skąpane we mgle łąki a w nozdrzach gęste powietrze. Bo skrzydła, które raz zasmakowały wolności już nigdy nie pozwolą się spętać. Kosmos wie.

30.09.2007 godzina 22:40

Żyję. Z boku rzeczy, które wydawały się najważniejsze a samoistnie pospadały w hierarchii wartości. Ostatni most spłonął, pozostała pogarda, której się wstydzę. Pod nogami trampolina z cudzej bliskości, zrozumienia i wiary, nie pozwala upaść, wznosi. Każdy dzień jest rocznicą, bardziej lub mniej zrozumiałą i w duszy coraz ciaśniej. Nadmiar wszystkiego wylewam potokiem słów. Zaczęłam pisać, choć wciąż nie potrafię nazwać, może nie chcę? Za ścianą zamieszkał leczniczy intruz, który rozcieńcza autodestrukcyjny pęd. Tylko wieczorami uciekam z czterech ścian, by wypłakiwać ciężar nadwrażliwości. Dziś znów była ulica Hetmańska i „Listopad” w słuchawkach, ale inaczej – jaśniej i lżej. Tak długo czekałam na tegoroczną jesień...

14.10.2007 godzina 03:46

Poruszam się ruchem jednostajnym prostoliniowym z epizodycznym uwstecznianiem. Monotonnie synchroniczny takt zegarowego mechanizmu wybił godzinę „rewind”. Przez pięć miesięcy uciekałam przed uświadomieniem faktu, który wymuszał przyznanie prawa bytu sile wyższej, wykraczającej swym zasięgiem poza ludzkie pole wpływowości. Doszłam do perfekcji w wypieraniu niechcianych myśli. Tylko w chwilach nieuwagi zakradały się niebezpiecznie blisko, czasem grzęznąc w zakamarkach głowy i wyciskając z oczu grochowe łzy. Cztery dni temu spojrzałam na Tatę i zobaczyłam zupełnie obcego człowieka. Płaszcz niedostępności spleciony grubymi nićmi sarkazmu opadł, tytanowa twarz nabrała ludzkiego wyrazu, a na dnie źrenicy zobaczyłam skrywane przez 21 lat uczucia, które obficie ściekały po rzęsach. Zawsze był niewzruszonym filarem i choć nieprzychylność losu żłobiła na jego powierzchni głębokie rysy, nie drgnął podpierając firmament nieba. W czwartek zobaczyłam skruszały manekin, zmęczony ciągłą walką. Był maleńkim bezbronnym chłopcem bojącym się poprosić o to, by ktoś bliski potrzymał go za rękę, w obawie przed odrzuceniem. Spojrzenie wyrażało bezbrzeżny strach, nic więcej. A powietrze w swych kulistych atomach nosiło gęsto naszpikowaną woń śmierci, ten sam zapach, który wypełnił mieszkanie pewnego lipcowego poranka, by na początku października zabrać ukochaną Janael. Dwa tygodnie temu były nienaturalnie długie, jedenastominutowe rozmowy przez telefon, pytania nie zdawkowe i szczerość. Rak zbliża. Pani w białym fartuchu powiedziała, że czarne cyferki zaczęły sprzyjać i znów nie ma nazwy dla cichego złodzieja czasu. Wszyscy odetchnęli, w głosie zawisła miękka gama ulgi, wszyscy poza mną... Ja zobaczyłam śmierć, stała przede mną bez twarzy, obojętna, lecz troskliwa, bo dała znak, który ma przygotować na nadejście nieodwołalnego. I po raz pierwszy w życiu pomyślałam, że Go kocham... Tak bardzo, że mogłabym oddać za Niego życie... Mimo tych wszystkich lat i krzywd. Dlatego, że oddał mi to, co w sobie ma najlepsze, że jako jedyny z całej rodziny rozumie najbardziej nierealne i najsilniejsze marzenie i chciałby pomóc w jego realizacji. Za to, że choć sam nigdy nie zaznał smaku samorealizacji stara się zrozumieć i ofiarowałby ostatni grosz gdyby zaszła potrzeba. Zgodził się na wyjazd do Krakowa, wiem ile musiało go to kosztować, chce się zmienić. On też widział postać bez twarzy. Siedząc skulona na balkonie, wycierając rękawem potoki łez pomyślałam, że już nigdy się nie zawaham. Przysięgłam Bogu, że spełnię te wszystkie senne pragnienia właśnie dla Niego, żeby był ze mnie dumny, gwiazdy zaświadczyły swoją obecnością. Gdyby przeczucie się spełniło i w pokoju ostał się pusty fotel – nie zniosę, wiem, że nie potrafiłabym się podnieść, tak, jak teraz nie mogę powiedzieć „kocham”. Zamykam cały ten ból w sobie, zakręcam szczelnie wieko sercowego słoika i odsuwam coraz bardziej na bok.

17.10.2007 godzina 21:38

Pokawałkowany czas wyżera plamy na życiorysie. Krzywe mieszkaniowe ściany wygłodniałe śladów obecności zżyły się z intruzem i witają oziębłą klamką, dom stał się noclegownią.
W drodze do teatralnej WINDY źrenice spiekł obcy uśmiech, pani o dobrych oczach pomyliła mnie z kimś. Tuż przed wrotami do innego wymiaru starszy pan zatrzymał mnie na ulicy, tylko po to żeby powiedzieć jaka jestem piękna (?). A później maciupeńki chłopczyk o indyjskich rysach twarzy, leżał w koszyczku i spokojnie spał nie zwracając uwagi na pogrążający się w chaosie świat. Był tak bezbronny... Miał w sobie tyle niewinności, że żadna ręka nie odważyłaby się zaburzyć wyciszającego letargu. Zazdrościłam mu, bo miał w sobie to co ja dawno zgubiłam na dworcowych peronach obcych miast. Festiwal okazał się większym „łoł” niż byłam w stanie sobie wyobrazić, ale Bóg podłożył niewidzialny płotek i zamiast samorealizacji jest wielki guz na czole. Wybrałam dom i obowiązki obywatelskie, a w drodze na kolejkę miałam ochotę walić pięściami o chodnik, by wyładować gniew. Największe dziecięce marzenie, to najpierwsiejsze, obudzone delikatną dłonią Ko Murobushiego też nie uległo powabnej materializacji. Stałam na pustym korytarzu i w duchu śmiałam się z własnej głupoty, jakżeby mi miało się udać coś TAK ważnego?! A jednak nie odpuszczę, w pn kolejna próba i niech wszystko i wszyscy kpią, ja mam swoje zdegenerowane priorytety. Stojąc przed kolejkowym korytarzem, dopełniając nikotyną destrukcyjny wydźwięk słów sączących się ze słuchawek, zaczepił mnie pan. Podszedł i poprosił żebym się nie denerwowała, uparcie mi wmawiał, że coś mną telepie w środku, a w żyłach krążyła paranoidalna obojętność, nic więcej. Powiedział „on wróci”, a ja zdębiałam. Tłumaczyłam, że nie o to chodzi, ale nie chciał słuchać, mówił, że zna się na ludziach i widzi. „Jutro będzie lepiej...”. Stałam w osłupieniu. Powiedział, że jestem śliczna i powinnam się uśmiechać. A było w nim coś tak innego, co nie pozwoli go zapomnieć. Wciąż nie potrafię pojąć, jak to możliwe, że ludzie, którzy stracili wszystko mają w sobie tyle wrażliwości. Potrafią zatrzymać kogoś na ulicy tylko po to, żeby powiedzieć mu co w nim widzą. Kocham bezdomnych, dla mnie zawsze będą Upadłymi Aniołami.
[Spadam - Coma].

18.10.2007 godzina 22:09

Jest źle. Bez powodu. Ochronna siatka się porwała i niebo z rozmachem spada na twarz. Tak po prostu, intensywnie źle.
Może dlatego, że odświeżone słowa Harrego Hallera wciąż obtłukują się o krawędzie czaszki? Choć Pan Bernhard Zeller nie miał w sobie wilka stepowego, w niesprzyjającym czasie zostawił na nocnym stoliku nader trafny cytat. I pomyślałam, że to wszystko nie ma najmniejszego sensu, bo przecież nigdy nie wygram ze swoją naturą. Mogę wyłuskiwać okruchy chwil, jednoczyć się z kosmosem na dźwięk bicia serca, ale każde „po” będzie jeszcze bardziej szare i nieznośne. Po co więc u licha? Świadomość trafiła włócznią w sam środek duszy wiecznego wojownika... Kolejny krok jest tylko odwlekaniem nieuniknionego, a ostatnimi czasy kosztuje mnie zbyt dużo.
A kiedy w krwi popłynęły malinowe procenty i zrobiło się przyjemnie, nieopatrznie otworzyłam kryptę własnych myśli i znów usłyszałam, że ktoś się o mnie boi. A był to zaledwie szczyt góry lodowej. Nigdy nie pokaże nikomu swojego świata, jest za bardzo zdeformowany, zbyt burzliwy w swym przepływie, by ktoś „spoza” mógł go ogarnąć. Sądziłam, że potrafię udawać, ale znów ludzie pytają „co się dzieje?”,„Aniaaaa, uśmiechnij się! Uśmiechnę się jak stąd wyjdę”). A ja ich nienawidzę, szczerze zabijam wzrokiem. Błąkam się po uczelnianych korytarzach i udaję, że nie widzę, że nie słyszę powitalnych okrzyków, a zwyrodnialec, który zamieszkał w środku kuli się i skomle o samotność. Nawet te wszystkie Anioły poubierane w ludzkie formy stają się nie do zniesienia. Są tak kochani i wspaniali, że nie mogę znieść ich obecności, bo wiem, że udaję, że wcale nie jest tak jak mówię, że jest, bo nie chcę ich martwić. A oni widzą swoje. I wszyscy odgrywamy role a cierpienie szyderczo dyszy na kark. Znowu będę trzymała w sobie tak długo ile zdołam, aż wybuchnie i na 3 sekundy przed zgonem ktoś z najbliższych położy się obok na zimnej ziemii i złapie konającą dłoń. Ale ja już nie wstanę, bo nie chce, nie ma po co.
Schizofrenia nie do ocalenia.
Kurwa.
[Vanessa Carlton - Paradise]

23.10.2007 godzina 00:09

Między uskokami wahadła, rozciągnięta na biegunach skrajności.

Oleander zakwitł.
A w duchu wciąż sobie powtarzam, że to tylko 658 km.
[bezgłośnie].

24.10.2007 godzina 19:45

Mimo nieustannej senności i poczucia odrealnienia, kiedy weszłam na ulicę Marii Curie-Skłodowskiej serce zabiło mocniej. Nie znalazłam żadnego kasztana, zostały rozkradzione przez przechodniów a pora już po-kasztanowa. Nie szkodzi, w torbie wciąż noszę ten krakowski. Nie pojęte, ile ta ograniczona starymi kamieniczkami ścieżynka ma w sobie piękna. I pozostała niezmieniona, zupełnie. Mimo, że właśnie mija rok. Robotnicy wciąż remontują ten sam dom, a galeria nie zmieniła położenia, tylko brak plakatów napotkanych ostatnim razem. Przekradałam się w pelerynie niewidce, z dwupalcowymi rękawiczkami na dłoniach, bo rano przed wyjściem na zajęcia przekornie dały znać, że stęskniły się za za-okiennym powietrzem. Przez ten czas, świat tysiąc razy wykolejał się na wszystkie możliwe sposoby, a to miejsce nie drgnęło. Później były puste huśtawki i cudownie szerokie przy-kościelne schody. Dawne drogi zarosły niepamięcią, ale wiernie czekały. Tak wiernie, że gdy stopy dotknęły rąbka przeszłości łza się w oku zakręciła. Anja w słuchawkach karmiła duszę spokojem i pozwalała wierzyć, że nawet taki tułacz jak ja może choć na chwilę czuć bezpieczeństwo stabilności. Usypiska kolorowych liści plątały nogi, a ja je rozrzucałam jak na prawdziwe dziecko jesieni przystało. Uwielbiam ich zapach, ma w sobie słodycz pożegnania za obustronnym przyzwoleniem. I pykawki, nieśmiertelny symbol dziecięcych lat. Sopocka magia wciągnęła pod powierzchnię miejskiej iluzji i pokazała to wszystko, czym rok temu karmiła na co dzień. Astrid zasnęła i pozwoliła wyjść z ukrycia Łucji, tak, ja chyba w sobie kocham najbardziej. Byłam postacią wyrwaną z kart dziecięcych bajek, bardzo kotwicowo.
[658 <--> 4?]
Wieczór przyniósł przełamanie nieuzasadnionych obaw i znalazłam się w Labiryncie Fauna. Treść zmiażdżyła. Przez momencik, kiedy pani aktorka mówiła „magia nie istnieje” uwierzyłam, bo wyraz jej oczu nie pozwalał wątpić. Choć nie przepadam za faunami, świata – mojego świata, bez wróżek sobie nie wyobrażam. Siedzę więc i płaczę.

05.11.2007 godzina 22:20

"-Wiesz... Jest coś takiego. Kiedy posunąłeś się tak daleko jak śmiałeś i gdybyś poszedł dalej, nie byłbyś już sobą?(.) Stałbyś się człowiekiem, który to zrobił?(.) Są miejsca, w które nie możemy pójść... I myślę, że coś takiego spotkało mnie dzisiaj."

[Neil Gaiman: "M jak magia: Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach"]

Szukałam tych słów 12 miesięcy. Dokładnie TAK. Jestem więc mniej inna niż przypuszczałam. Dedykuję niezależności.

17.11.2007 godzina 00:20

Chciałabym żeby cały świat o mnie zapomniał.

[Clint Mansell - "Together we will live forever"].

12.12.2007 godzina 20:20

Obtłukuję się o ściany samoświadomości i kaleczę pozorną stabilność psychotycznymi drgawkami, w rytm wykolejnonych i od-normiałych dźwięków, które dzisiejszego mglistego poranka nakazywały przylgnąć twarzą do mokrego asfaltu tuż przed przejeżdżającymi autobusami (z numerami szeptanymi w myślach). I jestem jak drzewo, z którego codzienność wyskrobała żywość, została tylko sucha, popękana przeżyciami kora. Kilka dni temu wpadłam w próżnię. Świat przepływa przeze mnie wbrew woli i filtruje w ironiczny sposób. A mnie już nie ma, całkowicie rozproszyłam się w nadmiarze sobości. Czuję się jakbym siedziała obok swojego ciała, spoglądam z ukosa i załamuję ręce. W lustrze obca twarz straszy zasinionym spojrzeniem. I jestem przerażona. Idę gęstą oddechami ulicą i płaczę. Nie mam najmniejszego wpływu na to co się dzieje w środku, a jest śpiączkowe tsunami i żaden most nie wydłuża się do jutra, a skraca do przed-wczoraj. Z każdą sekundą zamieniam się w kukłę z fabrycznym błędem, bo zamiast grochu pracownik wrzucił między szmaty serce. I boli, tak kurewsko boli, że boję się jutra, bo wiem, że nie zdołam się zwlec z łóżka, a nie mam prawa teraz umierać, to czas „innych”. Nigdy nie przypuszczałam, że można czuć się tak obco w samym sobie, ze dotyk dłoni przyprawia o mrowienie. Że to może przyjść tak niespodziewanie i bez powodu. Że można nie mieć siły i celu. Ja zawsze miałam. Czas przeszły-zakurzony, choć chciany. Wciąż mam, ale to nie wystarcza by... no właśnie by co? nogi są zbyt ciężkie bezsenem. Psychiatra puka do drzwi i prosi żebym pozwoliła sobie pomóc, a wizja tabletek ulepszaczy coraz bardziej kusi i otwieram szufladę, patrzę na książeczkę i chce iść powiedzieć głośno, ale boję się. Bo cały mój świat może okazać się urojeniem i wtedy nawet chemia nie pomoże. I terapia prawie aktualna. Jestem cudza, w cudzych rękach, cudzą zabawką. Tylko mnie to nie bawi, cały wszechświat śmieje się do rozpuku, na zdrowie.
[Massive attack: "A prayer for England"]

15.01.2008 godzina 01:58

"The Cure - Want"

I'm always wanting more
anything I haven't got
everything
I want it all
I just can't stop
planning all my days away
but never finding ways to stay
or ever feel enough today
tomorrow must be more
drink more dreams more bed more drugs
more lust more lies more head more love
more fear more fun more pain more flesh
more stars more smiles more fame more sex
but however hard I want
I know deep down inside
I'll never really get more hope
or any more time
any more time
any more time
any more time

I want the sky to fall in
I want lightning and thunder
I want blood instead of rain
I want the world to make me wonder
I want to walk on water
take a trip to the moon
give me all this and give me it soon
more drink more dreams more drugs
more lust more lies more love
but however hard I want
I know deep down inside
I'll never really get more hope
or any more time
any more time
any more time
any more time...

Właśnie pękło niebo, a rozkruszona kopuła rozsypuje tysiące kryształowych opiłków. Szklany deszcz spadł na betonową podłogę balkonu. Przecięta połać horyzontu nabiera barw, groźnie intensywnych, jak po każdym codziennym przełomie. A ja znów w osłupieniu. Bo przyszło z zaskoczenia i zdarło kurtynę. Co za nią?
zabawne. zmieściłam się w niespełna 5 minutach. cała moja tajemnica. wszystkie grzechy i kwintesencja uwielbienia.

14.03.2008 godzina 23:31
Jestem, bardziej niż byłam kiedykolwiek. I choć szum przestał się zakradać, a głośno dobija się do drzwi świata, do którego udało mi się wrócić - walczę ze swoją naturą i nie pozwalam zaratustrze zerwać się ze smyczy.
bo czas prze-niebieski.
bo miejsce całkowicie moje.
bo nie jestem jedynym Piotrusiem Panem w tej bajce, choć tylko ja potrafię latać.
i!
tegorocznej wiosny skrzydła wyrastają bezboleśnie.

10.04.2008 godzina 00:27
Wczoraj była poczekalnia pełna ludzi z rozsypującymi się duszami, o płytkich spojrzeniach odbijających tylko szarą powłokę codzienności, pan krzyczący zza psychaitrycznych drzwi, że nie pójdzie do szpitala, wstrzymywany mundurowymi ramionami, i gabinet nie-pamietam-o-jakim-kolorze-ścian z oknem, do którego uciekał wzrok kiedy z ust wymykało się wszystko to, o czym nie chciałam powiedzieć a co mówiło się samo. Wyszłam przepełniona gniewem niemożności i niechcianą świadomością, że czasem chcieć nie znaczy móc. Czasem tak straszliwie przykuwa do asfaltu myśl, że kocham, całą sobą, najmniejszym skrawkiem jestestwa, ale to za mało. Bo kiedy jest tuż obok, w środku wrze i krzyczy, że trzeba pomóc, już, teraz, a złożoność ludzkiej psychiki nie pozwala. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że nie podołam, że nie udźwignę cudzego cierpienia, bo zbyt mocno czuję, nie potrafię złapać zdrowego dystansu, że nie nauczę się siedzieć przed kimś czyje wnętrze umiera i pomóc, a ta bezradność wobec ogromu, uniemożliwi zamiast wzmagać wolę walki. A ja, szarak barwny tam gdzie mało kto dociera, skazany na wieczne niespełnienie, bo nie wyobrażam sobie siebie w innym miejscu i robiącą coś innego. Duszy nie oszukasz.

A dziś był „August Rush” i wybuchło tysiącem iskier. Uwierzyłam na nowo w to wszystko, co pozwala mi być tym kim zawsze chciałam. Bezradność rozwodniła się w chwilowym uniesieniu przywracając zaufanie idealizmowi. Tym razem nikt nie kłamał mówiąc, że będzie łatwo, pokazał jak wysokie góry trzeba zwyciężyć i nie było żalu rozczarowanego dziecka. Czy tak naprawdę można żyć? Czy nie jestem tak całkiem sama na tej bezludnej wyspie? Kolejne rozdroże, 10 kg cegieł w zielonym plecaku, serce zmęczone biciem. A jednak.

18.04.2008 godzina 00:14
Kolejny nieprzyzwoicie spontaniczny wyjazd na wariackich papierach, wszystko w biegu, na ostatnią minutę i pociąg jakby czekał na jednego ze swych pasażerów. Nie było czasu na wypisanie listy oczekiwań ani nastawienia na „tak” ani „nie”, zwykły impuls. A gdzieś w środeczku złośliwy głos mruczał, że ta droga nie pasuje już do moich stóp i chcąc nie-chcąc, tak niewysławialnie cicho była to wyprawa „ostatniej szansy”, na podobieństwo grudniowej, lecz teraz na płaszczyźnie czysto bezosobowej a ewidentnie ruchowej. Świat jakby na złość ułożył scenariusz bajkowo idealnego dnia dla człowieka widzącego sercem, i udowodnił, że nawet najbardziej absurdalny sens istnienia może nim być, jeśli tylko uwierzysz wystarczająco mocno. Dźwięki ukołysały największe lęki, dwa uśmiechy o jednoosobowym adresie i przy-dworcowa rozmowa o pędzie podróżowania uśpiły wszystkie demony. Ucichła wojna wewnętrzna i można zachłannie chłonąć piękno świata bez bibułki ochronnej, jak małe bezbronne dziecko. Tyle cudownych przypadkowych nie-przypadków, wspaniałych ludzi, których kroki przecięły schemat codziennego dnia, ezoteryczne poznańskie powietrze i gwiazdy zawieszone na niewidzialnych sznureczkach. Flow, flow, flow! Kocham ten stan całkowitej nieważkości, kiedy docieram do domu osuwając się ze zmęczenia na podłogę i nie chcę zasnąć, bo po przebudzeniu będzie już oficjalnie „przeszłe”. 2 dni, 1 noc, a zrozumiałam wszystko. Mogę żyć wbita w sztywny harmonogram codzienności, z zegarkiem na ręce przeliczać życie na złotówki, mogę uczepić nogi do ziemi i bawić się w normalność, mogę. Ale wtedy nie będę sobą, więc nie chce być! Pół roku wyrzekałam się tego co w sobie noszę, kilka miesięcy, by pojąć co się kryje pod hasłem „moja tożsamość”. Dziś już wiem, choć kropki na końcu zdania nie postawię. Moim domem jest ruch. A teraz stanę przed lustrem żeby zobaczyć jak z każdą sekundą rosną moje skrzydła i pobawię się w czarodzieja, zaczaruję rzeczywistość.

"Niech świat uświęci tę ciszę..."

18.06.2008 godzina 23:54
Jestem, głośna w ciszy.
I znów nie mieszczę się w sobie w ten najpiękniejszy z możliwych sposobów.
Jest właśnie tak, jak na pierwszym roku studiów, choć inaczej - dojrzalej, bo potrafię nazwać Wilkiem stepowym nadmiar grzmiący w środku. I wiem, że coś, co nazwałam drugim marzeniem może znaleźć dla siebie miejsce nie tylko w wystrzępionych notesach, ale i w drugim człowieku, w sercu uwielbionego francuskiego profesora. Wciąż chybotliwie, ale z Panią z ciasnego pokoiku doszłyśmy dzisiaj do wniosku, że potrafię żyć tylko na skraju. Za dużo nabrzmiałych zdarzeniami dni, rewolucji i przełomów, by zmieścić w kilku zdaniach, każda chwila zasługuje na osobną historię. Po prostu - żyję! Pełnią...? (zakleszczoną w 24h i kalendarzu obowiązków, nieistotne). A dzisiaj w ukochanych oczach dojrzałam "to wszystko", i mimo sztormów zasnę spokojnie. Już nic nie ma dla mnie znaczenia, tylko metafizyczne pomosty, zrośnięcie dusz i kosmos, mój i tylko mój, bo od maja mam Boga na wyłączność.

[Sigur Ros: "The nothing song" (ja słyszę!)]

08.07.2008 godzina 23:47
Operacja, znikam.
i nie wiem kim będę, gdy wrócę.
do pażdziernika, jeśli łaskawy raczy nadejść.

07.09.2008 godzina 16:14
Przeżuta przez życie delektuję się rutyną.
I nawet uwierzyłam na osobliwy ułamek czasu w możliwośc powrotu z sercem rozognionym, głodnymi doświadczania oczu. Tylko niespecjalnie mam ochotę wracać.

14.10.2008 godzina 19:43
Zaczął się najważniejszy okres, czas napiętnowany znaczeniem dalekosiężności decyzji i wyborów, czas samookreślenia. Pasja przeżera serce na wylot i wyciska słone, przezroczyste soki nadwrażliwości. I coraz częściej pojawia się w głowie niechciany szyld z namisem "dam rade?", pytajnik koloru czerwonego. Nie pojęte, że człowiek może zmieścić w sobie tyle cierpienia i bólu, jeszcze chcieć i walczyć. A ja mam mu być tarczą ochronną i odstarszać demony, nakłówać je szpilami zrozumienia i rozkładać na czynniki pierwsze, by jako drobniejsze drapieżniki mogły zostać skutecznie zwalczone przez pacjenta.
Jestem szczerze przerażona, a jednocześnie każdy kolejny przypadek jest potwierdzeniem poczucia, iż człowiek stanowi wartość najwyższą, że warto walczyć o każdego i do samego końca.
Nigdy jeszcze tak bardzo nie wierzyłam... Obudził się we mnie dawny żar i brak pokory wobec przeciwności losu. Znów chcę naprawiać błędy wszechświata nie zważając na cenę i ból, który świadomie wpuszczam do duszy. Kiedy dziś wracałam z warsztatów ocierając skrycie rękawem łzy wzruszenia, przypomniała mi się pewna magiczna rozmowa z I roku studiów z panną Anną marcową, gdy siedząc na plaży powiedziałam, że jeśli w ciągu całej pracy uda mi się uratować choć jednego człowieka, uznam, że warto było.
Jest relatywnie ciężko, ale głeboko.
Wciąż szukam metody na oswojenie.
Dziś znów usłyszałam, że jestem wyjątkowym i wartościowym człowiekiem, że potrafię natchnąć i dać wiarę. Przypomniał mi się magicznie rozumiejący Pan Profesor i te dwa najważniejsze zdania, które usłyszałam pewnego czerwcowego popołudnia. To jak wstrząsnęły dogłębnie i odbudowały fundamenty sensu. Moje kosmoludki. W takich chwilach wiem, że muszę podołać. Skoro ktoś taki... magija.

Osobowość schizoidalna na tle nerwicowym, z elementami lekkiej depresji (wg Pana Becka) i początek zaburzeń odżywiania w postaci anoreksji restrykcyjnej.
Do ostatniej kropli krwi!

13.11.2008 godzina 22:29
Do tej pory wszystkie podróże w kosmiczne czaso-przestrzenie były niekontrolowanym spadaniem w próżnię nadmiaru. Dziś lawiruję po odległych orbitach bezkarnie, nie odwiedzam a mieszkam. Nie wypatruję też drogi powrotnej do domu, bo domem stało się to właśnie miejsce przecięcia kilku światów, punkt, do którego dostępu nie ma nawet Dziadek Czas. I choć jeszcze jest zbyt wcześnie, by stwierdzić to z pewnością, chyba oswoiłam. Nie wszystko, ale kawałek, ten najważniejszy, który to pozwala wyzwolić się spod władzy grawitacji.
Jeszcze nie dojrzałam by nazwać, ale Basia wypowiedziała magiczne zaklęcie za mnie: „czas spokoju i wyłaniania się ładu z chaosu”.
Przestałam zastanawiać się co jest przeczuciem a co nadzieją najbardziej od-realnioną, bo ufam, bezbrzeżnie. I jeśli całe to piekło właśnie tak ma się skończyć, z czcią przygotuję w pamięci miejsce dla tych wszystkich bezsennych nocy.

A stojąc dziś na teatralnej scenie krzyczałam, szarpałam się i dałam upust szałowi, na który miszczu Jaro tak długo czekał. Z każdym wyrzucanym na języku słowem rozbudzał się we mnie gniew, krew pulsowała szybciej i kilka cegieł w murze drgnęło. Po 2 latach! Sadziłam, że już nigdy nie pobiegnę nocą na plażę by wykrzyczeć światu ból, że już zawsze zostanie tylko wymuszony szept. A teraz zbieram się w sobie i już za kilka dni wyswobodzę. Tylko ja wiem, kto stał po drugiej stronie łóżka w mojej wyobraźni.

[nadmiar siły do życia, przerost woli istnienia (hubris).]

02.12.2008 godzina 19:15
I znów wylądowałam w ciasnym pokoiku z Panią, która była tylko dla mnie na czas zakleszczony w 20 minutach. Rozważania na temat oporu, który tylko pozornie wydaje się nienaturalną blokadą, a w swym rdzeniu oznacza, że dotyka się rzeczy ważnych. Uświadomiono mi boleśnie, jak bezlitosnym katem jestem sama dla siebie, jak nierealistyczne wymagania stawiam na swojej drodze i dręczę dążeniem do nieosiągalnej perfekcji, panna zawsze-i-wszędzie-idealna. Ludzie często mi mówią, że przy mnie czują się nikim, że przygniatam ich swoją nieskazitelnością, a ja zazwyczaj parskam śmiechem, bo nigdy właśnie tak na siebie nie spojrzałam. Zadziwiające jest, że w stosunku do innych potrafię być tak tolerancyjna, a samą siebie traktuję jak największego wroga. Czas na zmiany, czas na samoakceptację? Po cichuteńku już zaczęłam zmieniać, ale to trzon mojej osobowości, nie można go od tak sobie – wymazać. Były rozmowy o strachu przed dorosłością (nie dojrzałością!), śmiercią i płynnością granic psychologicznych. Pani powiedziała, że to bardzo dobrze, że się waham i boję i uśmiechnęła się ciepło stwierdzając, że jeszcze się kiedyś o tym przekonam. Odparłam, że mam nadzieję, iż pewnego dnia przyznam jej rację. I wiem, że tak będzie, tylko dzisiaj trudno cały ten relatywizm udźwignąć, mimo ezoterycznej nadmorskiej mgły, cudownych przyjaciół i dziecięcej wiary, trudno.
Powróciły koszmary. Tak barwne i wyraziste, że nie pozwalają się dośnić do końca. A kiedy znów zamykam powieki, przybierają odmienne formy, równie straszeczne. Znów gwałt i przestroga iście Zaratustrowa. Cóż, cena samopoznania jest wysoka, 2 lata temu nie wiedziałam w co brnę, dziś robię to świadomie. Odkryłam już w sobie tyle zła, że nie sposób żyć jak dawniej.
/”Kat miłości” Yalom
/”Emocje i poznanie w schizofrenii” K. Drat-Ruszczak
/”Mała Ikar” H. Oyeyemi

[buty na miarę stopy Boga. Bo w życiu nie ma nic prócz życia.]

11.12.2008 godzina 22:13
Idealistka trafiła na konsultację poprzedzającą terapię psychoanalityczną. Były dyskusje psychologiczne i pytanie o powołanie, skwitowane stwierdzeniem, że „misja jest zawsze ucieczką”. Wyszłam z ośrodka trzęsąc się, rozdygotane dłonie nie były w stanie utrzymać papierosa a po przekroczeniu progu mieszkania popłynęły tysiące słonych łez. Freudowski czołg wjechał do Nibylandii i postrzelił w serce Pana zwanego Kosmosem. Czy to możliwe żeby człowiekiem kierował tylko determinizm? Czy na świecie naprawdę nie ma magii? Czy wszystko można tak głęboko spłaszczyć? Półroczna praca nad sobą legła w gruzach. Choć wiem, że kobieta nie miała prawa powiedzieć tego ze względów etycznych – powiedziała. I rozłamała na pół żarzące się serce młodego wojownika. Przecież tak nie może być, NIE MOŻE. Nic nie miałoby najmniejszego sensu… Zostałaby tylko zimna pustka. Wystawiona na próbę moją największą miłość, bo jeśli psychologia jest tylko tym, to ja już nie chcę. Nie chcę być psychologiem, chcę być małą dziewczynką i wierzyć naiwnie w swój wszechświat. Co w tym złego?! Błagam Cię, powiedz, że magia istnieje, POWIEDZ!
mam ochotę to wszystko rzucić w cholerę, zostawić studia i wyjechać do Tybetu, zamknąć się w klasztorze, ale przecież nie mogę, to cały mój świat, największa miłość... Trzeba było pójść na ekonomię, liczyć słupki, wszystko byłoby proste. Po co ja to sobie robię?!

21.02.2009 godzina 19:24
Obudziłam się rano przepełniona jasnością, która uskrzydla i dławi w zarodku mrok. I tak… co dzień. A fakt, że owa lekkość nie ma źródła w żadnym fizycznym zdarzeniu daje komfort, że gdyby niespodziewanie chciało zniknąć, znów zawędruję nad skraj otchłani i wpadnę w kosmiczną czarną dziurę. Błogostan zniebieszczania.
I wciąż wściekam się na siebie, że nie potrafię Tu pisać o rzeczach miękkich, ciepłych i dobrych, a wylewam potokiem słowa gorzkie i bolące. Przecież na ogół jestem pioruńsko wesołych człowiekiem (ostatnio znów ktoś mi powiedział, że zna zaledwie garstkę ludzi, którzy noszą w sercu taką wolę walki i życia jak ja) a obraz, który zarysowuje się z liter Tu pozlepianych przypomina raczej depresję o zagubionym spojrzeniu. A ja najzwyczajniej w świecie boję się zamykać szczęście w słowach, które zawsze odbierają moc sprawczą i spłaszczają wypukłe kształty radości. Nie chce umniejszać nazywając, więc milczę.

28.04.2009 godzina 23:38
Magia wdziera się przez wszystkie szczeliny a usta szczęściem splątane.

21.05.2009 godzina 19:24
Kwartalnik "Korespondencja z ojcem" numer 14, strona 116 - kawałek mnie.
(dostępne w empikach).

11.07.2009 godzina 23:53
I znów mój świat staje na głowie, a ja wyciągam ręce przed siebie i chwytam za kark ulotność. Nie puszczę.

14.08.2009 godzina 23:36
Wreszcie znalazłam miejsce, którego szukałam przez całe życie. Przestrzeń, w której zmieszczam się cała, tak całkiem całkiem. Mogłabym wreszcie pozbyć się mentalnej bezdomności i zapuścić korzenie nie tylko w słowach, ale i twarzach, imionach. Otworzyły się drzwi, TE drzwi, zielone. Na oścież. To ja pociągnęłam za klamkę, ale byłam pewna, że są zatrzaśnięte, że trzeba będzie szturmować, walić pięściami, głową, rozbijać czoło. Ale zamek puścił natychmiast i nie byłam na to przygotowana. Na ten strumień światła, który usiłuje mnie połknąć (tak Panie Piotrze, znowu jesteś kilka miesięcy przede mną). Stoję więc w progu z drżącymi dłońmi i ryczę. Z bezsilności, wściekłości, szczęścia. Największe marzenie leży pod moimi stopami, ale boję się po nie sięgnąć, może poparzyć gładką skórę serca. Wiem, że ta decyzja może zmienić całe moje dotychczasowe życie. Zmienić w sposób, na który czekałam od zawsze. Ale o wiele trudniej jest dzielić się swoim światem znając nie tylko litery, ale i wyraz oczu, ton głosu, zapach. Trudniej być sobą tak do końca i potem spojrzeć w twarz bez wstydu i lęku. Trudniej napisać. I to już nie jest kwestia kolejnych ewentualnych publikacji, a kwestia wkroczenia w inny świat. Absolutnie mój. Dopiero teraz widzę jakim szarakiem czuję się w środku, to odwieczne przekonanie, że nie zasługuję, że nie mam nic do zaoferowania paraliżuje kroki. I nawet tamta rozmowa, jedna z najmagiczniejszych, nie pozwala mi uwierzyć, ze już, tu, teraz. Że czekaja z otwartym sercem. Że chcą przygarnąć. Jestem ziarenkiem piasku na pustyni. Nie wiem czemu Pielgrzym zauważył właśnie mnie, ale wiem, że się pomylił. A jeśli skorzystam z tej szansy będę żyła z poczuciem, że świadomie go oszukuję. I wyczekiwała w napięciu dnia, kiedy zobaczy sprawy takimi, jakimi rzeczywiście są – że „nie ma we mnie nic i nic nie jestem warta”, że się pomylił. I wtedy odejdzie, a ja nie będę potrafiła zapomnieć.

Nie, ja wcale nie jestem niewdzięczna, po prostu czuję się niegodna.

Klęska urodzaju.

3.12.2009 godzina 00:38
"Gdybyś mnie po prostu przeleciał, zniszczyłbyś we mnie wszystko. Przekonałoby mnie to, że interesuje cię tylko doznanie rozkoszy z moim zwierzęcym ciałem, że nie obchodzi cię, czy jestem osobą. Znaczyłoby to, że wykorzystujesz mnie jak kobietę, podczas gdy w rzeczywistości nią nie jestem i potrzebuję pomocy, by się nią stać. Znaczyłoby to, że widzisz tylko moje ciało, a nie dostrzegasz mnie prawdziwej, mojego prawdziwego "ja", które jest "ja" małej dziewczynki. Prawdziwa ja obserwowałabym gdzieś z góry to, co robisz z moim ciałem. Wyglądałbyś na zadowolonego, ze moje prawdziwe "ja" umiera. Kiedy karmisz dziewczynkę, sprawiasz, że czuje ona, iż jej ciało i jej "ja" są chciane. To pomaga jej zebrać się w sobie. Kiedy ją pieprzysz, może ona czuć, że jej ciało jest czymś odrębnym i martwym. Ludzie potrafią pieprzyć martwe ciała, ale nie umieją ich karmić".
Ostatnie zdanie przeszyło mnie na wskroś, zadając niemalże namacalny, fizyczny ból. Prawda zazwyczaj dotyka w najczulsze miejsca.

19.04.2010 godzina 23:07
Przepoczwarzenia.

01.02.2011 godzina 20:29
Zadania do wykonania: Nie być dorosłym. Przypomnieć sobie latanie.


Layout by Zjfk
For Layout4you